środa, 18 stycznia 2017

Rozdział 9 Wszystko przez przypominajkę

- Cokolwiek to jest nie powinniśmy się tym zamartwiać - uciął dyskusję Ben, gdy Susan skończyła następnego dnia opowieść podczas ,,spaceru'' do Wielkiej Sali na śniadanie.
- Masz racje. Nie powinniśmy NA RAZIE się tym zamartwiać - skinęła, głową podkreślając dwa ostatnie słowa i podnosząc brew. Ben tylko westchnął, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ znaleźli się już w pomieszczeniu i skierowali się do swoich stołów.
- Boję się - przyznała Betty siadając - A co jak to... Jak to jakieś zombie jest tu schowane? - szepnęła, rozglądając się na boki. Susan, która właśnie siadała, omal nie spadła na ziemię. Pod osłoną dziwnych spojrzeń wstała i usiadła, normalnie cały czas się śmiejąc, a jej towarzyszka udawała, że jej nie ma.
- Co jest? Bawisz się w Betty? - usłyszeli wesoły głos Daniela.
- Nie. Po prostu mnie jak zwykle rozbroiła - odparła Susan już trochę bardziej uspokojona wskazując na dziewczynkę - Jak było u Filcha?
- Dobrze. Bywało gorzej - westchnął, a potem uśmiechnął się i nałożył na talerz jajecznicę i nalał do szklanki soku pomarańczowego.
- Bywało gorzej? - zdziwiła się, ale Daniel uśmiechnął się tylko tajemniczo i zaczął jeść. Przez twarz Susan przemknął lekki uśmiech, a potem również nałożyła jajecznice. Jednakże nie spieszyła się z jedzeniem. Była niedziela i nie trzeba było łamać sobie karku, by zdążyć na lekcje. Betty obok również się tym nie przejmowała, ponieważ zapchała sobie talerz i usta górą jedzenia. Susan już zdążyła się zorientować, że dziewczynka uwielbia, a wręcz ubóstwia jeść. W pierwszej chwili chciała upomnieć ją i zastraszyć tyciem jednakże po krótkim zastanowieniu machnęła tylko ręką i również wzięła, się za śniadanie wzrokiem omiatając stoły.
~~~~~~~~~~
- Jeju nie mogę się doczekać! Już jutro mamy pierwszą lekcję latania! - Ben już od pół godziny gadał jak najęty,a raczej powtarzał te same zdania.
- Tak wiem mówiłeś już - Susan ziewnęła, dając mu do zrozumienia, że nudzi ją ta jego bezsensowna paplanina.
- A o której jutro mamy.... - spytała, Betty potykając się o szatę i gdyby nie Susan wylądowałaby znowu na ziemi - Dzięki. ... Lekcje tego latania? - dokończyła.
- Wy i Puchoni rano, a my ze Ślizgonami - prychnął - Po południu.
- Aha. To walnij ode mnie Sebastiana niby przypadkowo miotłą - uśmiechnęła się wrednie Susan. Ben spojrzał tylko na nią spojrzeniem typu ,,Robi się'', a potem ruszył schodami do pokoju wspólnego z innymi Gryfonami, by odpocząć po lekcjach. Był już jedenasty października i jutro miały zacząć się lekcje latania na miotłach dla pierwszoklasistów. Pierwszy miesiąc minął Susan bardzo szybko głównie na nauce, spotykaniu się z Benem i Betty (którzy stali się jej przyjaciółmi) i - rzecz jasna -unikaniem Sebastiana. Betty jak zwykle się potykała, lecz i tak w niezdarności nie dorównywała Neville'owi. O ile ona - chodź ukazywała swoją niezdarność często - wychodziła ze swoich upadków ze szwanku, o tyle chłopiec z Gryffindoru nie miał tyle szczęścia.
Za to Ben przez pierwsze kilka dni w Hogwarcie puszył się jak paw, bo dormitorium dzielił ze sławnym Harrym Potterem. Dopiero Susan przywołała go do porządku.
Fenomenem - także z domu lwa - była Hermiona Granger. Bardzo inteligentna chociaż zarozumiała. Susan bardzo często zastanawiała się czemu dziewczynka z domu lwa nie trafiła do Ravenclawu. Nawet kiedyś ją się o to zapytała i ta przyznała, że Tiara rozważała taką opcję, ale ostatecznie wylądowała w domu Godryka Gryffindora. Susan często przebywała, w bibliotece szukając różnych książek i często spotykała się w tym miejscu z Hermioną która została jej najlepszą koleżanką. Lubiła wtedy jej towarzystwo, bo mogły rozmawiać na tematy, które jej obie interesowały czego młoda Krukonka nie mogła zrobić z Betty czy Benem. Prędzej z Danielem jednakże ten często nie miał czasu.
- Na dziś mam dość! - westchnęła, Betty upadając na swoje łóżko w dormitorium.
- Ja też! - przyznała Pepper również rzucając się na własne.
- Nie było tak źle - usłyszały głosy Padmy i Susan. Pepper podniosła się na łokciach i spojrzała na nie uważnie,
- Gdyby nie wygląd mogłybyście być bliźniaczkami.
- Jak już to trojaczkami - sprostowała Susan - Poza tym bliźniaki nie muszą być do siebie podobne - w odpowiedzi omiotło ją rozeźlone spojrzenie. Panna Hand nie lubiła, gdy ktoś był mądrzejszy od niej. Chociaż Pepper była, przezywana mysz przez swój mysi kolor włosów to nie była ani cicha, ani łagodna. Potrafiła pokazać pazurki, gdy ktoś ją zdenerwował, a to można było zrobić bardzo łatwo. Na przykład Odin, który specjalizował się w dowcipach. Nie takich jak Weasleye. Ponieważ Odin był mugolakiem specjalizował się w mugolskich żartach, które denerwowały kilka osób, a zwłaszcza Pepper.
- Wiem, że jesteśmy Krukonami, ale nie musisz się wymądrzać - prychnęła.
- Nie wymądrzam, ale mówię prawdę - zaśmiała, się potem siłą ściągnęła przyjaciółkę z łóżka i zaciągnęła ją do biblioteki, by odrobić zadanie zadane przez profesora Binnsa. Tam czekała na nie już Hermiona która oczywiście jako jedyna przemogła sen na nudnych lekcjach o historii magii i miała wiele notatek.
- Cześć - uśmiechnęła się i pomachała im.
- Hejka - powiedziały Krukonki jednocześnie i weszły pomiędzy pułki z książkami i usiedli przy stole.
- No cześć - uśmiechnęła się - Jutro lekcje latania. Jak się czujecie?
- Nie wiem. Nigdy nie lataliśmy - uśmiechnęła się Susan, a potem nachyliła się do Hermiony - Nie wspominaj o tym przy Betty - zerknęły na nią. Faktycznie była blada. Susan tylko pokręciła głową.

Kolejnego dnia z samego rana po lekcji zielarstwa i eliksirów pierwszoroczni Krukoni i Puchoni ruszyli przed zamek na boisko do Quidditcha. Betty była blada jak ściana i musiała iść podpierana przez Susan i Padmę, która akurat się napatoczyła.
- Spokojnie Betty - powiedziała Patil - To nic strasznego.
- A c...co jak się z...zabije?
- Przecież są nauczyciele. Czytałam i wiem, że od tylu lat ile Hogwart istnieje, nikt nie zabił się przez lekcje latania! - odparła Susan. Dotarły na boisko gdzie stali już inni pierwszoroczniacy z domów kruka i borsuka. O dziwo nie tylko Betty reagowała w taki, a nie inny sposób. Wielu również było bladych, a nawet bladszych. Inni podchodzili do tego neutralnie (Jak Padma i Susan), a jeszcze inni (jak Pepper i na późniejszej lekcji Ben) nie mogli się doczekać. Obok leżały miotły, a na boisku panował harmider.
- Proszę o spokój! - usłyszeli głos. Odwrócili się i zobaczyli kobietę o jastrzębich oczach, siwych włosach ubraną w czarną szatę i trzymającą miotłę w ręce - Nazywam się Hooch i będę was uczyć jak latać na miotle. Na co czekacie? Stańcie po lewej stronie miotły, wyciągnijcie rękę i krzyknijcie: ,,Do mnie!'' - poleciła, a Susan od razu wyczuła, że lepiej z nią nie zadzierać. Wykonali szybko jej polecenie i odpowiednio się ustawili, po czym wyciągnęli dłoń i po stadionie przebiegł wielki krzyk kilku uczniów połączony w jedno:
- DO MNIE!!!
Miotła Susan natychmiast poderwała się z murawy, a ta złapała ją trochę niepewnie. Była zdziwiona. Dopiero potem przypomniało jej się, że tak naprawdę nie zna swoich prawdziwych rodziców i któryś z nich, a nawet obydwaj mogli dobrze latać na miotle. No i miała czystą krew. Na moment zrobiło jej się trochę przykro, ale okrzyki pani Hooch przywołały ją do porządku. Wiele mioteł leżało jeszcze na murawie. Pepper udało się za drugim razem (ten fakt ją niezbyt zadowolił), Padmie udało się za czwartym razem, a miotła Betty poderwała się jako jedna z trzech ostatnich (ale pierwsza z tej ostatniej trójki).
- Dobrze - zabrała znowu głos pani Hooch, gdy wszyscy mieli miotły w rękach - Usiądzie na nich i na dźwięk gwizdka odbijcie się od ziemi - wszyscy wykonali jej polecenie, a gdy głośny gwizd przeszył, powietrze odbili się od podłoża. Susan poszło jak z płatka.
- Wowo....jak to się ha-hamuje?! - spytała, chybocząc się na boki.
- Siedź spokojnie - poradziła Susan, ale niezbyt to się udało, bo Betty starając, się rozpaczliwie zatrzymać równowagę poderwała trzonek miotły do góry co poskutkowało tym, że poleciała jeszcze wyżej. Wtedy pani Hooch musiała zareagować.
- Panno Moreno! Niech pani natychmiast wraca do nas! Panno Moreno!
- RATUNKU! - odpowiedział im tylko krzyk spanikowanej Betty  która teraz wywijała beczki, koziołki i serpentyny.
- Wow. Takimi akrobacjami podbiłaby serca wielu fanów quidditcha - odezwał się jakiś Puchon, obok którego przeleciała Betty której udało się zniżyć lot, a po chwili znowu go podwyższyć - Pod warunkiem, że kontroluje się sytuacje - nagle obok znowu coś świsnęło ale tym razem była to profesor Hooch, która podleciała do dziewczynki i bezpiecznie sprowadziła ją na ziemię. Betty była blada jak ściana. Kobieta udzieliła jej srogiej i ostrej reprymendy,a potem stwierdziła, że lepiej będzie, jeżeli niedoszła ,,mistrzyni podniebnych lotów'' usiądzie na trybunach. Dziewczynka z ulgą wypełniła to polecenie.
- No dobrze - usłyszeli znowu głos nauczycielki, gdy sytuacja była opanowana - Jest jeszcze ktoś, kto się boi? - zgłosiło się kilkoro osób - Dobrze. Usiądziecie na chwile na trybunach. Wami zajmę się indywidualnie za chwilę. A wy ustawcie się w kolejkę i kolejno zataczajcie po jednym kółku stadionu - poleciła i podeszła do tych słabszych. Susan stojąc (a raczej wisząc) w kolejce obserwowała Betty, której stopniowo wracały kolory. Aż nagle nadeszła jej kolej. Złapała się mocniej miotły i wypruła do przodu.
- Ale super - zaśmiała, się zakręcając przy trybunie i wracając do kolejki.
- Bardzo dobrze panno Sacrifice! - pochwaliła ją profesor Hooch - Wszyscy już zrobili swoją kolejkę? Dobrze to teraz... - różdżką przywołała skrzynię i wyjęła z niej kafla - Panna Sacrifice stanie na bramce, a wy będziecie w kolejce kolejno rzucać raz kafla przez obręcz, a potem podawać do kolegi, który czeka w kolejce. Zadaniem Pani Sacrifice jest bronić. Gdy jedna tura kolejki minie ostatnia osoba z tury staje na bramce i rozpoczyna się kolejna kolejka. Wszystko jasne? - kiwnęli głowami, a Susan podleciała to trójki żółtych obręczy. W tym czasie pani Hooch nadzorowała słabszych uczniów, którzy wchodzili na miotłę. Ich zadaniem było po prostu zataczanie małych kółek i spróbowanie niespadnięcia z miotły. Betty zaś miała ćwiczyć równowagę i po prostu wisieć w powietrzu i próbować się nie zabić.
W tym czasie Susan starała się bronić kolejnych rzutów. Szło jej całkiem sprawnie. Raz broniła jak bramkarz z piłki nożnej, innym razem odbijała jak siatkarz, a jeszcze innym razem improwizowała. Potem zamienili się miejscami i wraz z innymi rzucała do bramki (w prawie wszystkich próbach trafiając). Potem nadszedł koniec lekcji. Gdy dwie przyjaciółki szły, w stronę zamku Susan głośno wyraziła, że lot na miotle jest, najlepszym co może być.
- Podobało ci się?! - bąknęła obrażona Betty - To było okropne!
- Twoje zdanie - jej rozmówczyni wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pod nosem.
- I jak było?! - nagle podbiegł do nich Ben.
- Super! - Susan uśmiechnęła się szeroko.
- Mów za siebie - Betty omal nie warknęła. Bena zamurowało. Znał mugolaczkę już długo i wiedział, że jest potulna jak baranek. Rzadko tak się zachowywała.
- Co jej się stało?
- Omal się nie zabiła - poinformowała Susan.
- Aha, czyli tak jak zwykle - zaśmiał się Ben.
- Wydrapię ci kiedyś oczy - burknęła Betty.
- Prędzej to ucałujesz te oczy. Jak pies - zaśmiała się druga Krukonka, a potem wraz z Benem musieli zbierać dziewczynkę z trawy, ponieważ ta obrażona przyspieszyła kroku i standardowo się wywaliła.
Wtedy usłyszeli dzwon na lekcje. Chłopak i dziewczynka przeprosili mugolaczkę, a potem ruszyli w swoje kierunki (Betty zdążyła się powtórnie wywalić).
Kolejne lekcje poszły szybko przynajmniej dla Susan. Benowi nie szło tak łatwo. Na każdych przerwach, gdy go spotykali, ten tylko zacierał ręce i powtarzał, że nie może się doczekać i że dzisiaj nauczyciele są w jakiejś zmowie zarażeni wirusem pod tytułem: ,,Nuda większa od profesora Binnsa'', a zanudzanie więcej niż on to nie lada wyczyn.
Ale w końcu nadszedł upragniony dla niego czas. Było już po lekcjach dla większości w tym dla Krukonów. Susan zostawiła książki w pokoju wspólnym, wzięła pergamin i wyszła. Chciała obejrzeć lekcje i przy okazji napisać list dla rodziców. Betty została, mówiąc, że nie chce dziś już mieć żadnego kontaktu z lataniem. Nawet wzrokowego. Wolała leżeć i patrzeć w sufit w całkowitej ciszy, bo Pepper i Padma również wychodziły. No może nie w całkowitej... Przy miauczeniu Ivaneska. Był to dachowiec szaro - biały kot należący właśnie do Betty. Dziewczynka zabrała go z domu. Miał wredny charakter i potulny był w stosunku do swojej właścicielki i Susan (ewentualnie też do Bena, ale i w stosunku do niego mógł mieć humorki). Nie lubił też sów. O ile Artur Susan potrafił sobie z nim radzić, o tyle brązowa sowa Bena o imieniu Banderas już niezbyt.
- Mówię wam. Gdyby mój Rokko tu był to by przegonił tego pchlarza - mawiał Ben. Rokko był wielkim bernardynem, którego chłopak niestety nie mógł ze sobą zabrać. Może nawet to i dobrze, bo gdyby był, to Betty denerwowałaby się częściej, a już po takich wypowiedziach Bena była wkurzona. A jak Moreno się denerwowała, to potykała się  trzy razy częściej.
- Na pewno nie idziesz? - spytała Susan na odchodne.
- Nie. Mam dość. Ale...możesz, poprosić Artura by wysłał to moim rodzicom? - podała Susan list, który ta wzięła.
- Kup sobie w końcu sowę!
- Nie mogę.
- To niby czemu?
- Ivanesko - wskazała na kocura.
- To używaj tych z zamków. Artur nie jest listonoszem - starała się przybrać groźny wyraz warzy, ale miała, dziś dobry humor więc to się nie udało. Wyszła na błonia, a potem do sowiarnii. Sowa natychmiast zleciała i uszczypnęła dziewczynkę przyjacielsko w policzek. Ta pogłaskała go z szerokim uśmiechem i wręczyła lista. Sowa, widząc list od Betty zahuczała oburzona, ale udobruchana swoim przysmakiem (jakim była kukurydza) poleciała. Wtedy dziewczynka udała się na boisko. Ku jej zdziwieniu i niezadowoleniu lekcje odgrywały się na dziedzińcu, a nie na boisku. Dziewczynka nie wiedziała, z jakich to przyczyn. Nie spodobało jej się też to, że nie można było oglądać lekcji. Na myśl jej przeszło, że to z powodu tego, by nie stresować ,,tych gorszych'', a widząc w grupie Neville'a wiedziała, że mogą być kłopoty. Zwłaszcza po dzisiejszej przygodzie Betty. I były. Dziewczynka poszła do zamku, a potem ruszyła po schodach do wieży Ravenclawu. Jednak nie po to, by iść do pokoju wspólnego. Przywarła nosem do szyby w idealnym momencie, gdy Neville uderzył w ścianę obok i zleciał z miotły. Inni stali na ziemi. Susan zmarszczyła brwi.
- No i świetnie. Nawet bez publiczności coś odwalił. Merlinie....Longbottom ogarnij się. Jeszcze nikt się nie odbił, a ten już - zaczęła narzekać jednakże po chwili zamilkła i skupiła się na sporym tłumie, który otoczył Neville'a. Zobaczyła, jak profesor Hooch biegnie z nim do środka zamku trzymając go za rękę, a potem jak Malfoy bierze kulisty przedmiot zwany Przypominajką, który należy do Neville'a, a potem wzbija się w powietrze.
- Cześć! - usłyszała za sobą głos. Odwróciła się.
- Cześć Daniel.
- Czemu tak się lepisz do tej szyby. Co? Zakochałaś się w szkle? - zażartował.
- A co? Zazdrosny? Nie. Chodź zobacz - podszedł zaintrygowany i spojrzał na sytuacje rozgrywającą się na zewnątrz. Susan szybko streściła mu sytuacje. Ten zmarszczył brwi.
- Malfoy'ie - prychnął - Wielka mi gwiazda - zdążyli wyłapać jeszcze jak owa ,,Wielka gwiazda'' wyrzuca przypominajkę w powietrze, a Harry - który również wzbił się w górę, by odebrać Malfoy'owi własność Neville'a - łapie ją w pięknym stylu i przy gromkim brawie ląduje na ziemi. Daniel skomentował to gwizdem podziwu. ,,Ma za swoje'' przemknęło dziewczynce przez myśl, a potem szeroko się uśmiechnęła. Mina jej jednak zrzedła, gdy zobaczyła, jak z zamku wychodzi profesor McGonagall i zabiera Pottera....
- Ej! Czemu tylko Harry! A Malfoy to co?!
- Pewnie ją przekupili! - Danielowi z uszu leciała para - To nie fair! Czemu Slytherinowi zawsze się upiecze?!
- Nic nie poradzimy - westchnęła ciężko - Ale pamiętaj też, że McGonagall nie daje się przekupić - potem pobiegła szybko do dormitorium i streściła wszystko Betty. Zmartwiła, się dobrze wiedząc, że Ben będzie wściekły. Poczekały do końca lekcji, a potem wybiegły na dziedziniec, by pocieszyć przyjaciela. Podbiegł do nich z szerokimi uśmiechami.
- Potter najmłodszym graczem w quidditcha! Będzie szukającym! Żadnemu pierwszakowi to się nie udało! - informacja ta wmurowała je w ziemię - A wszystko przez przypominajkę!
-------------
No hej. Jestem zadowolona z tego rozdziału. Wyszedł długi i wplątałam tam fragmenty które....hm...nie były nudne. Nie wiem, czy były śmieszne, ale na pewno nie były nudne xD No dobra nie wiem co jeszcze dalej pisać więc napisze tylko, że pozdrawiam i liczę na komy! Cześć! ;)

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozdział 8 Pierwsze kłopoty

- Jasne. Ja pożałuje tego w taki sposób, że znowu spróbuje się ze mną drażnić i zaprosić na randkę. Na litość Merlina ja mam jedenaście lat! - Susan westchnęła leżąc na poduszkach w dormitorium opowiadając dziewczynom czemu nagle zmienił jej się humor z dobrego na paskudny.
- No tak ale mogą nam punkty odjąć - przejęła się Padma.
- Nie zdradzi, że to Susan go tak załatwiła. Za bardzo jest w niej zadurzony - rzekła Pepper leżąc w butach na swoim łóżku i biorąc garść pieprznych diabełków do ust co - jak można było się spodziewać - poskutkowało tym, ze całe dormitorium utonęło w gęstym dymie i kaszlu.
- Merlinie! Pepper żryj to na dworze! - wykrzyknęła Padma pomiędzy przerwami w kaszlu - Niech ktoś otworzy okno!
- Już! - usłyszeli głos Betty, a potem huk - Ała!
- Znowu się potknęłaś o własne nogi? - spytała Susan chwytając za klamkę okna i uchylając je. Po spotkaniu z Sebastianem nie była w dobrym humorze,a można rzec, że w paskudnym. Pewnie znów będzie się tłumaczyć przed Filtwickiem albo innym nauczycielem tak jak to miało miejsce trzeciego dnia w Hogwarcie kiedy to zepchnęła go ze schodów(tych normalnych). Wtedy Ravenclaw stracił pięć punktów ale kary nie otrzymała jednakże coś czuła, że dziś pech będzie ją trzymał.
- Przecież nic nie było widać! - oburzyła się Betty wyrywając tym Susan z zamyślenia. Dziewczyna wstała na nogi podczas gdy dym ulotnił się już bezpiecznie.
- Ty nigdy nic nie widzisz - zauważyła przytomnie Pepper bawiąc się pustym już kartonikiem po pieprznych diabełkach po czym zeskoczyła z łóżka i wraz z Padmą wybyły na spotkanie z Parvati( bliźniaczką Padmy która była w Gryffindorze) żeby uniknąć dyskusji z Betty. Moreno za to usiadła obok Susan na jej łóżku i starała się ją rozweselić.
- Dobra my też gdzieś chodźmy!. Spotkamy się z Benem. Umówiliśmy się z nim i pewnie na nas czeka. No! - złapała ją za ramię i spróbowała ściągnąć z łóżka. Aż w końcu dziewczynka westchnęła, wstała i ruszyła z Betty na spotkanie. Tak jak powiedziała Betty chłopak już na nie czekał obok drzwi z kołatką. Co prawda domy chroniły między sobą gdzie jest wejście do ich pokoju wspólnego i co trzeba zrobić by tam wejść ale zaufani przyjaciele lub rodzina w innych domach zdradzali to między sobą mając tą ochronę gdzieś(na przykład siostry Patil wchodziły sobie na luzie do swoich pokojów wspólnych).
- O cześć. Pepper i Padma powiedziały, że przywaliłaś Watrenowi w nos - powiedział na powitanie przez co Susan uśmiechnęła się pod nosem - Ogólnie to go spotkałem. Wyglądał jak kupka nieszczęścia no i domyślałem się co mu się stało. On do ciebie się odnośni jakbyś była jego wrogiem a nie ,,wielką miłością'' - zaśmiał się.
- Tak to jest jak pierwszego dnia wpada się na Ślizgona - westchnęła pamiętając, że podczas pierwszego dnia szkoły wleciała na Sebastiana i gdy ten się spytał ją czyby się z nim nie chciała przejść odpowiedziała mu niezbyt grzecznie lecz było to spowodowane presją czasu by zdąrzyć na lekcje i się nie zgubić. Chłopak jednak odebrał to zupełnie inaczej - Muszę się pilnować bo nie chcę odjętych punktów i szlabanu u Filcha. Ale on mnie tak strasznie wkurza! - fuknęła zjeżdżając z Betty i Benem schodami, a potem wychodząc na błonia. A raczej chcąc wyjść bo już mieli przekraczać próg gdy...
- Nie tak szybko panno Sacrifice - usłyszeli za sobą głos McGonagall. Susan pobladła i odwróciła się - Słyszałam waszą rozmowę. Mogę się spytać czemu to pani zrobiła? - dziewczynka spojrzała po swoich towarzyszach którzy spojrzeli na nią współczująco.
- Bo mnie zdenerwował. Wiem nie powinnam tego robić ale znów sprowokował ale faktycznie nie powinnam działaś zbyt pochopnie  - powiedziała wprost. Spojrzała na nauczycielkę.
 - Dobrze, że żałujesz. Nie odejmę punktów Ravenclaw pod warunkiem, ze przeprosi pani pana Wartena - bo zgaduje, że będzie to dla pani gorszą karą -  i stawi się jutro pani o osiemnastej na dwugodzinny szlaban do Hagrida który wymyśli jakieś zajęcie - dziewczynka kiwnęła niezadowolona głową. Chociaż tak naprawdę bardzo cieszyła się, że trafił jej się Hagrid, a nie Filch bo nie dość, że Gajowy był milion razy lepszy to od przydziału nie zdążyła z nim porozmawiać. Jednakże nie mogła tego okazać bo była pewna, ze profesor McGonagall widząc jej zadowoloną minę natychmiast jej zmieni osobę która miała jej wymierzyć karę.
- Dobrze - kiwnęła głową, a jak na zawołanie i ku nieszczęściu dziewczyny wyrósł przed nimi Sebastian z obandażowanym i spuchniętym nosem. Ben który również go nie lubił ( bo był Ślizgonem czystej krwi) wybuchnął śmiechem, a Betty zrobiło się go zal. Dziewczynka obejrzała się na nich do tyłu. Bena zmierzyła mściwym spojrzeniem zaś na koleżankę z dormitorium spojrzała z politowaniem. Była zdziwiona na Ceremonii Przydziału, że Moreno trafiła do Krukonów bo niezbyt dobrze się uczyła i o wiele lepiej przeważały u niej cechy Puchonów: przyjaźń, pracowitość, współczucie...no i trochę naiwność.
- Panie Colorado! Gryffindor traci dziesięć punktów! - Benowi od razu zrzedła mina za to Ślizgon uśmiechnął się zwycięsko - Panie Watren pani Sacrifice chce coś panu powiedzieć - Krukonka odetchnęła głęboko.
- Przepraszam - i podała mu rękę.
- Spoko. Wybaczam. Też nie powinienem - uścisnął ją, a w jego oczach Susan wyczytała ,,Ale gdzieś razem pójdziemy''.
- A teraz proszę się rozejść - usłyszeli głos profesor McGonagall. Kiwnęli zgodnie głowami i odeszli w swoje strony ale Susan przed tym również zmierzyła chłopaka wzrokiem który mówił ,,No chyba nie''.

Kolejny dzień minął Susan nawet szybko. Oprócz niej szlaban mieli też bliźniacy Weasley, Lee Jordan - ich kumpel z Gryffindoru, a także jakiś ciamajdowaty Puchon o nazwisku Weedge oraz - ku jej zdumieniu - Daniel. Cała piątka miała stawić się u Filcha tylko Susan szła do Hagrida bo jak się później okazało woźny miał już prawie załamanie nerwowe gdyby pilnował ,,szóstkę tych głupich bachorów'', a wśród nich bliźniaków i Jordana którzy w Hogwarcie uchodzili za mistrzów żartów i szalonych pomysłów.
- Ale ty masz fajnie - usłyszała nad sobą głos Daniela gdy czytała coś o transmutacji w Pokoju Wspólnym - Szlaban u Hagrida! I nawet nie dali ci zajęcia! To on ci coś wybierze, a wiadomo, że cie lubi! Jaki fart! - udał obrażonego,a potem zaśmiał się i usiadł na kanapie obok.
- Ta - uśmiechnęła się pod nosem - A co zrobiłeś ty i pozostali?
- Bliźniaki z tego co wiem stopili klamki z kilku sal w raz z Jordanem, ten Puchon to potknął się podczas lekcji eliksirów i wylał jakiś żrący płyn na Snape'a.
- U...współczuję. Jego dom chyba stracił wiele punktów - Susan aż skrzywiła się.
- I to jeszcze jak! Minus sto punktów! Biedny Cole! - Susan wywnioskowała, że chłopak ten musi mieć tak na imię - Mój kolega Cedric który jest Puchonem z czwartej klasy dzieli z nim dormitorium i chodzi na zajęcia. Opowiadał, ze Snape aż posiniał.
- Ze złości? - zamknęła książkę i wygodniej usiadła na kanapie.
- To też. Ale i z bólu. O ile on coś w ogóle odczuwa nie licząc zgryzoty i wnerwiania innych - parsknęli śmiechem.
- No dobra. A ty?
- Em...powiedzmy, że wkurzył mnie taki jeden i emocje mnie poniosły. A teraz już muszę iść. Nie ma jeszcze co prawda osiemnastej ale umówiłem się z Edmundem - pożegnali się po czym Ross wyszedł przez drzwi. I nie minęła nawet minuta,a z dormitorium pierwszoklasistek dobiegł huk i po schodach na dół stoczyła się Betty co wywołało salwę śmiechów zgromadzonych.
- Czy ty chociaż raz nie możesz zejść normalnie? - Susan pokręciła z politowaniem głową i za szatę podciągnęła Betty do góry. Ta tylko zaśmiała się nerwowo, a potem obie wyszły na spotkanie z Benem.
  Koło osiemnastej dziewczynka z westchnieniem ruszyła przez błonia do Hagrida odprowadzona przez jej towarzyszy. Pod chatką tamci zawrócili, a Susan zapukała do drzwi. Otworzyły się ze skrzypieniem,a w drzwiach pojawiła się dobrze jej znana długa i czarna broda.
- Susan! Jak miło cię widzieć! Od przydziału cię praktycznie nie widziałem. Czyżbyć o mnie zapomniała?
- Nie Hagrid. A tak w ogóle to mam u ciebie ten szlaban - uśmiechnęła się i weszła do środka. Na rozwalonej kanapie spał duży pies o imieniu Kieł należący do Hagrida. Chatka była naprawdę mała - zwłaszcza jak na półolbrzyma - po środku mały stoliczek, a obok szafy i malutki piecyk. Na środku stały już dwie kubki z herbatą i talerz z ciastkami.
- Siadaj - polecił - Też bym go walnał gdyby mnie adorował - uśmiechnął się.
- Się wie - dziewczynka usiadła na przeciw Hagrida i napiła się trochę herbaty po czym sięgnęła po ciastko ale gdy tylko wsadziła go do ust poczuła tylko stal więc gdy tylko gajowy odwrócił się na chwilę ta odłożyła ciasteczko na talerz.
- To...jakie mam zadanie?
- Żadne. Nakarmisz Kła, a potem kury, świnie i posiedzisz do dwudziestej - uśmiechnęła się szeroko. Była pewna, że szlaban u Hagrida będzie tylko przyjemnością i nie myliła się. Zwłaszcza, że bardzo lubiła i Gajowego, i zwierzęta. Szybko uporała się z karmą dla brytana, a także tą dla kurczaków i świń, a potem usiadła z gajowym na ganku ( jeżeli schodki przed drewnianymi drzwiami można nazwać gankiem).
- A słyszałaś o tym?
- O czym? - zdziwiła się, a w odpowiedzi otrzymała do ręki proroka z wielkim nagłówkiem, że Bank Gringotta miał włamanie i że poszukiwania nadal trwają z tak samo marnym skutkiem. Jednakże nic nie ukradziono bo skrytka była już pusta.
- Dobrze, ze Dumbledore kazała mi to wziąć.
- Co wziąć? - zdziwiła się i zmarszczyła brwi.
- Ale ja mam długi jęzor - westchnął Hagrid - No! Już jest dwudziesta! Zmykaj! - popędził ją. Susan wracając do zamku zastanawiała się gorączkowo na czym tak bardzo zależało włamywaczowi. Niestety nic nie wymyśliła ani podczas wchodzenia do zamku, ani podczas zasypiania w dormitorium.

---------
No hejka. A oto kolejny rozdział. Już na wstępie mówię(tak jak ostrzegałam w poprzednim rozdziale): Rozdział ten pisało mi się ciężko i nie jestem z niego zadowolona.
Ale koszmarny jakoś nie jest. Jak widzicie zmieniłam trochę tytuł i nazwy w spis treści bo zmieniają się jeszcze. A raczej ja je zmieniam xD
Dobra. Na dziś to tyle bo trochę zmęczona jestem. Cześć! ;)
Ps. Zakładka bohaterowie już stworzona. Kolejni bohaterowie pojawią się z czasem.
Aha...i dziś dedyku nie ma. Skończyły mi się osoby xD
Ps 2. Dzisiaj błędy nie poprawione. ,,Cacko'' od ortografii mi nawalało (i prawdopodobnie w kolejnym też błędów będzie sporo przez problem podany powyżej)



niedziela, 15 stycznia 2017

Rozdział 7 Pupilek nietoperza

- Czy tylko my się wiecznie spóźniamy?! - wrzasnął Ben, biegnąc na kolejne lekcje tym razem znienawidzonych przez wszystkich eliksirów. Obok niego biegł Neville Longbottom.
- N-nie wiem - wysapał.
- Nie tylko wy! Z drogi! - usłyszeli jakiś głos za nimi. Obrócili się i ujrzeli zdyszaną Susan, która wręcz ciągnęła za sobą Betty. Na ostatnim miejscu gnała Pepper. Dziewczyny wyprzedziły chłopaków i pognały pędem do lochów. Zdążyły już przez ten tydzień Snape'a i innych nauczycieli, a także Hogwart, chociaż to ostatnie w połowie.
Zamek był ogromny, miał wiele ukrytych przejść i korytarzy toteż trudno było się już pierwszego dnia połapać co gdzie i jak. Pierwszaki często musiały pytać Prefektów, nauczycieli lub Prawie Bezgłowego Nicka, Grubego Mnicha i inne duchy o drogę. Niestety tak jak przewidział, Daniel dwójka pozostałych rezydentów domów nie byli zbyt pomocni. Szara Dama zazwyczaj latała gdzieś samotnie, smutna i jakaś nieobecna. Jednakże, gdy czasami ktoś nieuważny zapytał ją o pomoc, a był Krukonem mogła udzielić mu odpowiedzi. Ale i tak najgorszy był Krwawy Baron. Lubił, brzęczeć w nocy łańcuchami na wierzy astronomicznej albo nawet dzień krążyć po korytarzach gotów siać zamęt. Nie był chętny do pomocy, ale jego zachowanie miało też dobre strony: Irytek się go bał. Poltergeist ten uwielbiał siać zamęt. Już drugiego dnia roku szkolnego przewrócił pół w sali od transmutacji i wrzucił kilku uczniów do jeziora. Uwielbiał to robić i nikogo poza Baronem i Albusem Dumbledore’em się nie bał. A jego szczęście było, tym większe im były lepsze szkody.
Był wrogiem numer jeden - nawet przed największymi rozrabiakami w szkole bliźniakami Weasley - woźnego Argusa Filcha. On i jego kotka nie raz nadepnęli uczniom na odcisk i karali nawet za najmniejsze nanoszenie błota do zamku. Filch prowadził zażartą wojnę z Irytkiem chcąc w końcu go wykurzyć. W swoim biurze prowadził jedną wielką kartotekę, a plotki głosiły, że od czasu do czasu także oliwi łańcuchy w nadziei, że Dyrektor wróci do dawnego bardziej drastycznego karania uczniów. Filch zwłaszcza ze swoją kotką stanowili piekielny duet. Jak ktoś nie natknął, się na woźnego wcale nie musiał oddychać z ulgą, bo zawsze mógł trafić na panią Norris, która znając pewne jakieś skróty w mig informowała swojego właściciela, który od razu wyrastał przed uczniem.
- Przepraszamy za spóźnienie profesorze Snape! - dziewczyny spokojnie weszły, do klasy wiedząc, że im bardziej wybuchowe wejście, tym bardziej zdenerwują ,,Nietoperza z lochów'' jak nauczyciel był nazywany. Za nimi weszli chłopacy.
Lekcje w pierwszym tygodniu Susan uznała za udane. Profesor Sinistra ucząca astronomii, choć wymagająca to jednak była sprawiedliwa i nie odejmowała punktów uczniom no, chyba że naprawdę ktoś musiał nadepnąć jej na odcisk. Mimo tego nigdy nie widać było na jej twarzy uśmiechu. Susan nie polubiła astronomii i ciągle miała z nią problemy w przeciwieństwie do Betty która już po pierwszej lekcji chętnie wytłumaczyła towarzyszce co i jak ale młoda Krukonka i tak rozumiała tyle, co nic.
Profesor McGonagall już przy pierwszej lekcji transmutacji pokazała, że lepiej z nią nie zadzierać. Była surowa, wzbudzała respekt i szacunek oraz umiała, utrzymać ciszę w klasie nawet zbytnio się nie wysilając. Mimo to była sprawiedliwa i gotowa pomóc swoim uczniom. Transmutacja była chyba najtrudniejszym według uczniów przedmiotem na pierwszym roku, ale Susan choć nie posiadając odpowiedniej różdżki i tak miała, ogromną wiedzę od razu znajdując lekkie uznanie w oczach McGonagall.
Zielarstwo z profesor Sprout opiekunką Puchonów i zaklęcia z profesorem Filctwickiem, który opiekował się domem dwóch koleżanek były dla Susan przyjemnością. Nie miała z tymi lekcjami problemów, a ta dwójka nauczycieli rzadko coś zadawała. Szybko też można było zdobyć u nich punkty. Przeciwne zdanie miała Betty która po prostu sobie z tymi przedmiotami nie radziła.
Historia Magii była najnudniejszym przedmiotem w Hogwarcie które nauczał...duch, a mianowicie profesor Binns. Jego lekcje były tak nudne, że przynajmniej na roczniku Susan wszyscy na jego lekcjach spali oprócz Hermiony Granger która dzielnie pisała notatki.
Wielkim rozczarowaniem wśród uczniów okazały się lekcje Obrony Przed Czarną Magią. Profesor Quirell tak jak przewidział, Daniel zawsze się jąkał i cuchnął czosnkiem.
Chyba i tak najgorsze były Eliksiry. Profesor Snape faworyzował mocno Ślizgonów, a uczniom innych domów nawet za najmniejszy błąd odejmował po pięć punktów wzwyż. Był zwany nietoperzem z lochów, ponieważ jego ubiór na czarno, tłuste włosy i powiewająca peleryna idealnie wpasowywały się do takiego zwierzęcia. Lepiej nie było go denerwować i nie spóźniać się na jego lekcje, lecz niestety...tego niektórzy nie zdołali dziś uczynić.
- No proszę, proszę. Widać niektórzy wolą włóczyć się po zmaku niż się uczyć - wysyczał.
- Zgubiliśmy się - bąknął Ben.
- Ależ oczywiście. Każdy z was traci po dziesięć punktów dla swojego domu, czyli minus dwadzieścia punktów dla Gryffindoru i minus dwadzieścia dla Ravenclawu.
- Ale jak to? Przecież z Ravenclawu spóźniły się trzy osoby - bąknął Neville.
- Kolejny minus dziesięć punktów dla pańskiego domu Longbottom. A teraz siadajcie - Ślizgoni wymienili z sobą zwycięskie spojrzenia, podczas gdy spóźniona piątka siadała do swoich ławek.
- Znowu ci się udało - szepnęła Betty - I nawet nie zaprzeczaj. Podczas pierwszej lekcji też ci odpuścił, gdy trąciłaś mu, wytknęłaś błędy i obroniłaś Pottera. Faworyzuje cię jak Ślizgonów co dziwne.
- Moreno! - usłyszały głos Snape'a.
- To moja wina - Susan natychmiast wstała. Nauczyciel zmierzył ją wzrokiem, a potem zaczął mówić o eliksirze na proste rany i kazać szukać w podręczniku odpowiedniej strony ze spisem krok po kroku. Betty miała rację. Wieść, że Snape zaczepił Harry’ego, który coś zapisywał, a potem skarcił za coś Hermionę, choć ona tego nie zrobiła i odjął Gryfonom punkty rozeszła się błyskawicznie po zamku. Susan stanęła w ich obronie na swojej pierwszej lekcji eliksirów i wygarnęła nauczycielowi błędy. Wszyscy byli pewni, że ten odejmie domowi kruka punkty, ale o dziwo nie zrobił tego. To zaczęło falę zdziwień, która rozeszła się po uczniach starszych klas.

- Nie no ekstra! Ktoś mi powie, czemu twój dom zgarnął z taką łatwością dziesięć punktów? To nawet Ślizgonom się nie udało! - krzyknął Ben, gdy po lekcji wylegli z lochów na przerwę i szli teraz na zielarstwo.
- Sama nie wiem. I nawet mi to nie na rękę. Nie chcę być pupilkiem - przyznała Susan ze złością - A ten eliksir nawet mi dobrze nie wyszedł! - załamała się.
- Siema co tam u was? - nagle usłyszeli, jak podbiegł do nich Daniel.
- A nic tylko Susan znowu dostała fory u nietoperza - poinformował Ben niezbyt zadowolony.
- Ale to dobrze. Dostaniemy więcej punktów - ucieszyła, się Betty znowu dostając szału ekscytacji i klaskając w ręce. Ross mruknął tylko, że jest to dziwne, ale by Susan się nie przejmowała, bo Moreno ma rację, a potem pognał na lekcje OPCM-u. Dziewczynka zmarszczyła brwi. Ku jej uciesze po zielarstwie zaczynał, się weekend co było jej bardzo na rękę. Planowała porozmawiać z profesorem Snape’em i dowiedzieć się czemu jej tak podpuszcza. Może przez to mogła się skończyć jej ,,dobra passa'' ale nawet by się cieszyła. Na szczęście na lekcje z profesor Sprout uczniowie już się nie spóźnili. Zielarstwo minęło szybko i przyjemnie, dziewczynki nie miały, też dużo zadane toteż w dobrych humorach wracały do dormitorium.
- Nareszcie wolne! - wrzasnęła Betty i obróciła, się przez przypadek następując na fałszywy stopień i gdyby nie Susan spadłaby w dół. Już pięćdziesiąty raz w tym tygodniu.
- Ty lepiej się tak nie ciesz, bo szybciej skończysz na własnym pogrzebie - przytomnie stwierdziła Susan idąc z nią po schodach do wieży Krukonów. Gdy już znalazły, się na miejscu dziewczynka odgadła zagadkę i weszły do środka z resztą pierwszorocznych Krukonów. Betty wskoczyła, na kanapę oczywiście lądując, obok niej co zbudziło salwę śmiechów wszystkich uczniów zajmujących się czymś w pokoju wspólnym. Susan również parsknęła śmiechem, a potem ruszyła, po schodach do dormitorium gdzie szybko nabazgrała króciutki list do rodziców, że jest wszystko w porządku i ich pozdrawia - ponieważ dłuższy list wysłała zaraz drugiego dnia - a potem zeszła na dół z kartką w ręku chcąc pójść do sowiarni.
- Wychodzę na chwilę. A ty spróbuj się nie zabić - mruknęła do Betty i wyszła. Ku pomocy Leonory i Henry'ego, których spotkała, trafiła do odpowiedniego miejsca, ponieważ ciągle się gubiła.
- Hej Artur! - krzyknęła, wchodząc do środka pomieszczenia. Sowiarnia nie była najlepszym miejscem. Było pełne piór, ptasich odchodów oraz szkieletów małych gryzoni głównie myszy. Poza tym było tam wiecznie zimno, ponieważ w wieży tej było, wiele dziur by sowy jakoś się przemieszczały.
- Cześć. Możesz to dać rodzicom? - uśmiechnęła, się głaszcząc puchacza po głowie. Ten dziobnął ją przyjacielsko w ucho, a potem wziął świstek papieru w dziób i odleciał. Susan obserwowała go chwilę, a potem odwróciła się i omal nie przewaliła na odchody, szkieleciki i pióra.
- No hej Sacrifice. Co tam? - przed nią stał chłopak ze średnimi, kudłatymi, srebrnymi włosami i takimi samymi oczami. Na piersi miał godło Slytherinu.
- Czego chcesz Watren? - spytała niechętnie. Chłopak ten, choć nie trzymał się ze świtą Malfoya to i tak był tak samo chamski, a młoda Krukonka znienawidziła go jeszcze bardziej po pierwszej lekcji eliksirów, gdy nazwał ją pupilkiem i opierzonym gadem co Draco i reszta skomentowali głośnym śmiechem.
- Nic. Sowy nie mogę wysłać? - podniósł do góry brew.
- A czy do wysyłania sowy potrzebna jest moja obecność? - zaczynała się coraz bardziej denerwować.
- Nie. Po prostu uwielbiam cię wkurzać.
- To se zmień kozła ofiarnego! - warknęła wychodząc z sowiarnii i chcąc jak najszybciej wrócić do pokoju wspólnego Ravenclawu. Usłyszała za sobą śmiech Watrena.
- Na razie pupilku! - jednakże po chwili nie było mu do śmiechu. Susan obróciła się gwałtownie i przywaliła Sebastianowi w twarz. Trzymając się za krwawiący nos pobiegł do skrzydła szpitalnego - Pożałujesz tego! - wrzasnął na odchodne.
---------------
Mamy kolejny rozdział. Nie jestem z niego tak super zadowolona, ale nie był zły. Już mówię, że zachowanie Snape'a względem Susan ma duży związek z fabułą, ale nic inengo nie zdracę.
Tak poza tym to imię Sebastiana czyta się Zebastian. Czemu? Czystokrwiści często mają dziwne imiona xD W ogóle w końcu mam normalny szablon który jest prześliczny. Link do osoby która stworzyła szablon obok. A wam jak się podoba? W ogóle rozdział ósmy już w połowie napisany ale jego pisanie idzie mi opornie i nie jestem z niego zadowolona. Chyba jutro go opublikuje by mieć go z głowy. A wasze rozdziały czytam tylko ostatnio mam doła. Ta pogoda jest paskudna. Wy też tak macie?
Zakładka bohaterowie pewnie zostanie opublikowana w ferie, a ja już je mam^^ , a wy?
To ten... Żegnam się z wami i do następnego!
Dzisiaj pozdrowienia dla: Justyny Włodarczyk czyli Alfy Heavena ;)

czwartek, 12 stycznia 2017

Rozdział 6 Gorsi są lepszymi czyli Ceremonia Przydziału

- To prawda? - usłyszeli nagle głos, gdy tylko czarownica zniknęła. Odwrócili się i ujrzeli bladego chłopaka o prawie białych włosach, który podszedł do drugiego - bruneta z okrągłymi okularami - Harry Potter jest w Hogwarcie.
Rozległy się szepty i podniecone głosy. Wszyscy patrzyli na lekko skołowanego bruneta.
- Harry Potter? - Betty i Susan jednocześnie spojrzały na Bena. Jedenastolatka nie rozumiała tego całego zamieszania tym chłopakiem.
- On jako jedyny przeżył atak Sami-Wiecie-Kogo i pokonał go, gdy był niemowlęciem. Został mu tylko znak w kształcie błyskawicy - szepnął.
- Sami-Wiecie-Kogo? - zdziwiła się Betty.
- To był straszny czarnoksiężnik. Wszyscy boją się wypowiadać jego imię - tym razem odezwała się Susan - Ale Ben... Jak to? Ten cały Harry pokonał bardzo potężnego czarnoksiężnika, którego dosłownie wszyscy się bali? I to jako niemowlę? Jak?
- Sam nie wiem - przyznał.
- Dzięki, ale sam zdecyduje z kim będę się trzymać - usłyszeli. Obrócili się w kierunku Harrego i tego białowłosego. Najwyraźniej zdążyli ująć sobie ,,miłą'' pogawędkę, a Potter zdążył już posprzeczać się z białowłosym.
- Ten blady chłopak to Draco Malfoy. Jego rodzina jest z rodu czystej krwi. Większość takich rodów strasznie się puszy. Jedyni dobrzy, którzy mają krew i których znam to Rossowie i Weasleyowie - wskazał głową na rudego chłopaka stojącego obok Harrego - Ci ostatni są dość ubodzy. Tacy, którzy mają czystą krew, ale trzymają z mugolakami i są za tym by tacy uczyli się w Hogwarcie nazywani są Zdrajcami Krwi - Ben chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy przybyła znowu profesor McGonagall, która zmierzyła Malfoya niezbyt przyjemnym wzrokiem, ponieważ stał do niej tyłem i jeszcze mierzył Harrego i Weasleya mściwym spojrzeniem, a potem poprosiła, pierwszorocznych by ruszyli za nią. Ruszyli za nauczycielką dosyć niepewni. Podeszli za profesor do wielkich dębowych drzwi, które otwarła. Wejście te prowadziło - jak Susan czytała - do Wielkiej Sali i tam też się udali. Profesor McGonagall szła dumnie na czele przez całą długość sali, a za nią kroczyli nieco zagubieni pierwszoroczni. Susan rozglądała się po pomieszczeniu. Wielka Sala była naprawdę wielka. Na lśniącej posadzce ustawione były cztery długie stoły, przy których siedzieli starsi uczniowie z czterech domów. Przed nimi na podwyższeniu był, też piąty stół gdzie urzędowali nauczyciele. Susan spojrzała w górę. Wokoło sali tuż przy ścianach lewitowały świeczniki. Jedenastolatka odruchowo tak jak i reszta spojrzała w górę. Czytała o zaczarowanym suficie, który ukazywał nieboskłon i jego pogodę tak jak było na zewnątrz. Dzisiaj sufit owiany był granatem i jasnymi małymi plamkami zwanymi gwiazdami. Robiło to wrażenie. Słychać było wokół siebie szepty i rozmowy.
- Zwykłe złudzenie. Sufit jest zaczarowany. Tak czytałam - usłyszała za sobą głos Hermiony która zwracała się do jakiejś rówieśniczki idącej obok niej. Dziewczynka spojrzała na Betty i Bena którzy również wpatrywali się zaczarowani w niebo, lecz wkrótce zeszli na ziemię w przenośni i dosłownie, ponieważ profesor zatrzymała ich przed stołem nauczycielskim. Susan momentalnie zaczeła się rozglądać za Danielem. Zobaczyła jego uśmiechniętą twarz przy stole na prawo od drzwi. Pokazał jej kciuka w górę. Susan uśmiechnęła się i zwróciła twarz w kierunku McGonagall. I dopiero wtedy zauważyła, że obok niej stoi mały taborecik, na którym leży postrzępiona i stara tiara.
- Proszę o ciszę - poleciła nauczycielka, a potem ona, reszta nauczycieli i starsi uczniowie zwrócili, wzrok na nakrycie głowy więc pierwszaki zrobiły to samo. Susan chciała mieć świadomość, że wie, co teraz nastąpi (ponieważ czytała w książce) jednak z nerwów zapomniała. Nagle uformowało się coś na kształt ust i zaczęła śpiewać.
Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie nosić panamy,

Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do wyczynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie''
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć
Druhów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie!
Gdy Tiara skończyła, śpiewać rozległy się gromkie brawa, a nawet gwizdy. Dopiero po kilku
chwilach profesor uniosła, rękę ściszając tłum, a potem rozwinęła pergamin, który trzymała.
- Jak kogoś wyczytam, podchodzi do stołka i zakłada Tiarę Przydziału na głowę, a ona wyznaczy wam wasze domy - jej oczy powiodły po tłumie, a potem skupiły się na pergaminie.
- Abott, Hanna!
Dziewczynka podeszła do stołka przerażona. Ale nie musiała się nic obawiać. Po krótkiej chwili tiara przydzieliła ją do Huffelpuffu. Stolik na prawo od tego, gdzie siedział, Daniel powitał ją gromkimi oklaskami.
- Bones, Susan! - imienniczka Sacrifice podeszła niepewnie do stołka. Miała długie, brązowe włosy i przyjemne, ciemne oczy. Niepewnie usiadła na stołku i wcisnęła sobie tiarę na głowę. Zapadło krótkie milczenie.
- HUFFELPUFF!
Wykrzyknęła po chwili tiara. Stolik Puchonów na prawo obok tego, gdzie siedział, Daniel wybuchnął gromkim aplauzem. Dziewczynka zadowolona zdjęła kapelusz z głowy i raźnym krokiem powędrowała w stronę stołu.
- Brown, Lavender!
- GRYFFINDOR!
Stolik obok Ślizgonów zaklaskał po raz pierwszy przy tej ceremonii.
- Buriette, Anabeth!
Drobna dziewczynka z mysimi włosami podeszła do stołka.
- SLYTHERIN!
Tym razem stół najbardziej na lewo zaczął klaskać jak szalony, gdy mała Anabeth z uśmiechem na ustach skierowała się w jego stronę. Po niej byli: ,,Crabbe, Vincent'' który został również Ślizgonem oraz ,,Celman, Oliver'' który został Puchonem.
- Colorado, Benjamin! - przerażony chłopak na nogach miękkich jak wata podszedł do krzesła i włożył kapelusz na głowę która opadła mu na oczy. Zapadła minutowa cisza.
- GRYFFINDOR!
Tym razem stół obok tego Ślizgonów zaczął gwizdać i klaskać. Ben zadowolony usiadł do stołu Gryfonów którzy klepali go po plecach i gratulowali mu. Uśmiechnął się szeroko i pomachał do Betty i Susan. Ta pierwsza była tak blada i przerażona, że Susan musiała ją kopać w kostki by ta nie zemdlała toteż obie nie zobaczyły tego koleżeńskiego gestu zajęte swoimi nerwami( a raczej obie zajęte nerwami jednej z nich - Betty). Minęło parę uczniów aż w końcu gdy ,,Goyle, Gregory'' zszedł ze stołka i trafił do Slytherinu zajmując miejsce obok Crabbe'a padło znajome dla dziewczynki nazwisko.
- Granger, Hermiona!
Burza brązowych loków na głowie ruszyła, do stołka ciągle powtarzając pod nosem by się nie denerwowała. Usiadła niespokojna na stołku i po trzech minutach została przywitana przez Gryfonów bardzo wesoło. Gdy ,,Hand, Pepper'' i ,,Koster, Odin'' zostali pierwszymi Krukonami profesor wywołała Neville'a. Susan ucieszyła się, bo zaczęło ją nudzić słuchanie o przydziałach osób, których nie poznała. Raz po raz wyłączała się pewna, z nie usłyszała nazwisk wszystkich uczniów. Zwróciła twarz w stronę Longbottoma. Biedak nie dość, że potknął się w drodze do tiary(co wywołało śmiech) to jeszcze ciągle wiercił się na stołku przerażony. Trochę to trwało, gdy tiara przydzieliła go do Gryffindoru. Tak się ucieszył, że zabrał kapelusz ze sobą do stołu, a potem zawstydzony przy salwie śmiechu musiał zwrócić go profesor.
- Malfoy, Draco!
Blady chłopak, którego Susan zdążyła, już poznać usiadł na stołku i ledwo co włożył kapelusz, a ten już wykrzyknął:
- SLYTHERIN!
Białowłosy dumnie ruszył do stołu i omiótł wszystkich mściwym spojrzeniem, a potem usiadł do stołu.
- Moreno, Beatrice! - Betty tak mocno ścisnęła koleżankę z przerażenia, że ta aż syknęła i musiała, ją popchnąć by dziewczynka była zdolna wykonać jakikolwiek ruch. Ruszyła bardzo wolno do krzesła, a potem trzęsącymi się rękami założyła tiarę. ,,Pewnie trafi do Huffelpuffu'' przemknęło, Susan przez myśl jednak o dziwo się pomyliła.
- RAVENCLAW!
Betty zerwała się z krzesła i nie dość, że go przewróciła, potknęła się kilkadziesiąt razy i zapomniała oddać tiary to jeszcze pomyliła stoły i zamiast tego Krukonów ruszyła do tego Puchonów. Przy gromkiej salwie śmiechu większej niż tej przy Neville'u dziewczynka naprawiła ,,szkody'' i usiadła już przy właściwym stole. Susan przełknęła, ślinę wiedząc że za niedługo będzie jej kolej. Minęło kilka minut, a kolejni uczniowie byli przydzielani do domów aż w końcu został wywołany ,,Potter, Harry''. Brunet został odprowadzony do tiary wieloma szeptami oraz czujnym wzrokiem nauczycieli. Na stołku siedział dość długo, ale gdy kapelusz oznajmił:
- GRYFFINDOR!
Zapanował wielki harmider. Cały stół Gryfonów oszalał. Klepali szczęśliwego Pottera po plecach, gratulowali mu. Harry usiadł do stołu i pomachał do rudzielca, który odmachał mu. Przy stole Gryfonów siedziało kilku takich rudowłosych postaci i Susan domyśliła się, że to jedna wielka rodzina od lat przydzielana do tego samego domu więc ten tutaj nie musiał się niczym martwić, chociaż wyjątki się zdarzają...
- Sacrifice, Susan!
Zmroziło ją. Te kilka ostatnich minut po przydzieleniu Pottera minęły strasznie szybko. Momentalnie przełknęła ślinę i pobladła. Ruszyła powoli do stołu, a gdy ,,odziała'' tiarę ta opadła jej na oczy zasłaniając salę i zaciekawione spojrzenia reszty uczniów. Tak, tak... Trudny wybór. Odważna jak matka, sprytna jak ojciec, ale też przyjacielska i inteligentna. Nie będę się zastanawiać, bo w tym domu najbardziej się rozwiniesz. Poza tym przebywanie w nim pomoże ci odkryć przeszłość...
RAVENCLAW!
Betty zaczęła klaskać jak szalona, gdy Susan zastanawiając, się nad słowami tiary zdjęła ją z głowy i jak szalona podbiegła do stołu przy salwie oklasków. Zajęła miejsce pomiędzy Betty a Danielem.
- Hura! - wrzasnęła Moreno przytulając ją tak mocno jakby zgniatała orzech - Nie będę sama!
- Wiedziałem - Daniel z uśmiechem uścisnął jej rękę - Gratuluję.
- Dzięki, dzięki - zwróciła się do niego i pozostałych Krukonów którzy poklepali ją po plecach, uścisnęli rękę lub pogratulowali. Ceremonia Przydziału dochodziła powoli do końca. Gdy ostatni uczeń, którym był ,,Zabini, Blaise'' został Ślizgonem(tak jak myślała Susan: rudy chłopak, który nazywał się ,,Weasley Ronald'' został przydzielony do Gryffindoru'') tiara została wyniesiona wraz z taboretem, a profesor zajęła miejsce przy stole nauczycielskim.
- Teraz dyrektor chce coś powiedzieć - wskazała (jak Susan rzecz jasna czytała) na Albusa Dumbledore'a, który powstał. Miał długą srebrzystą brodę, okulary połówki, a był ubrany w fioletową i aksamitną szatę. Wygląda dość sympatycznie.
- Witam starych, jak i nowych uczniów w nowym roku szkolnym! Mam nadzieję, że tak jak ja nie możecie doczekać się nowego roku! Oby był tak samo udany, jak poprzednie! Wiem pewnie, że jesteście, głodni dlatego nie chcę przedłużać  więc...Smacznego!
Potem klasnął w dłonie i stoły ugięły się od najróżniejszych potraw. Kurczaki, soki, zapiekanki, kartofle, sałatki. Co tam było! Albo łatwiej...czego tam nie było! Wszyscy zaczęli sobie natychmiast zapełniać talerze i zajadać ze smakiem. Betty z wypchaną buzią cały czas gadała, a Susan słuchała, ją jednym uchem zaś drugim wertowała stół nauczycielski raz po raz pytając Rossa o nauczycieli. W końcu dowiedziała, się kto czego uczy, kto jest opiekunem, którego domu i jaki ma charakter.
- Czyli są tu wszyscy nauczyciele tak?
- Z wyjątkiem profesor Trelawney, która uczy wróżbiarstwa. Jest dziwaczką i je sama u siebie w sali.
- Kumam - kiwnęła głową.
- Wiesz, co się stało naszą tradycją? - Daniel się uśmiechnął.
- Skąd mam to wiedzieć? - udała oburzoną.
- Wybacz mam sklerozę i zapomniałem, że jesteś nowa - zaśmiał się - Co roku nauczyciel OPCM-u, czyli obrony przed czarną magią się zmienia. Nie wiemy czemu, ale tak to jest. W tym roku będzie uczyć nas Quirell profesor też od mugoloznastwa. Strasznie się jąka i wali od niego czosnkiem na kilometr - wykonał wymowny ruch ręką koło nosa i wskazał na profesora w fioletowej szacie i turbanie, który siedział obok (jak zdążyła się Susan dowiedzieć) najbardziej znienawidzonego nauczyciela w hogwarcie, nauczyciela eliksirów i opiekuna Slytherinu - Snape'a. Miał czarną szatę, długi nochal i tłuste włosy. Susan skojarzył się z Gargamelem.
- Jeszcze Klakiera mu brakuje - mruknęła, ale Daniel ją usłyszał i się zaśmiał.
- Fakt. Moja mama, która jest, mugolem puszczała mi tę bajkę w dzieciństwie. Trafne porównanie, ale bardziej pasuje do woźnego - wskazał na Filcha - I jego kotki Pani Norris. Przynajmniej wtedy jest Klaker. Ta dwójka jest chyba bardziej znienawidzona od Snape'a, a to nie lada wyczyn! - uśmiechnął się.
- Gdzie kot? - Betty, która zrobiła, chwilę w jedzeniu zaczęła rozglądać się w pomieszczeniu, a gdy tylko Daniel wskazał jej panią Norris, która przeszyła ją spojrzeniem na wylot. Dziewczynka wzdrygnęła się - Nigdy nie lubiłam kotów - mruknęła pod nosem - Nawet się ich trochę boję.
- Ja też ich nie lubię. Są fałszywe i wolę psy - Susan przyznała koleżance rację i poklepała ją lekko po ramieniu, a potem nałożyła sobie stos ziemniaków i dorodne udko na talerz. I właśnie wtedy w sali zapełniło się od perłowo białych postaci, które wyleciały ze stołów, ścian i podłogi.
- Duchy! - wrzasnęła przerażona Betty na całą salę. Kilka osób zrobiło to samo, ale zaraz starsi uczniowie zaczęli ich uspokajać.
- Wow - przyznała Susan.
- Robi wrażenie nie? Co roku to robią. Ten - wskazał na ducha poplamionym czymś srebrnym co pewnie było kiedyś krwią - To Krwawy Baron, rezydent i duch opiekun Ślizgonów. Gruby Mnich to rezydent Puchonów, a Prawie Bezgłowy Nick, czyli Sir Nicolas de Mimsy- Porpington to opiekun Gryfonów. Za to Szara Dama to nasz opiekun. Tego pierwszego i tą ostatnią lepiej nie prosić o żadną pomoc zaś resztę jak najbardziej. Chociaż Szara Dama nie jest taka zła. Krukonom to nawet umie pomóc, a Krwawy Baron ma takie plusy, że jest jedyną osobą, którą boi się Irytek.
- Irytek? - zdziwiła się Betty - Czyli irytuje?
- Zgadłaś. To poltergeist, czyli stworzenie, które może przybierać różne kształty. Np. duch lub mutant. Akurat Irytek przybrał postać ducha i sieje zamęt w szkole. Jego największym wrogiem jest Filch. Prowadzi to często do zabawnych sytuacji. On ma obsesję, by wywalić Irytka - przyznał z rozbawieniem Daniel. Susan i Betty się uśmiechnęły. Ta pierwsza wychyliła się ciekawa, by mieć stół Gyrffindoru na widoku. Ben, widząc, ją pomachał jej, a ta odmachała mu i wróciła do posiłku. Po jakimś czasie dyrektor wstał i znowu klasnął w dłonie tylko z odwrotnym skutkiem. Wszyscy na niego spojrzeli.
- Mam nadzieję, że najedliście się po wsze czasy! Teraz powiem kilka ważnych słów i zaśpiewamy nasz hymn, a potem prefekci waszych domów odprowadzą was do dormitoriów! - odchrząknął - Pierwszoroczni niech wiedzą, że wchodzenie do Zakazanego Lasu oraz posiadanie własnych mioteł i branie udziału w domowej drużynie quidditcha nawet jako rezerwowy jest surowo zakazane. Przy okazji nasz woźny pan Filch - tutaj kilku uczniów spojrzało na oziębłego mężczyznę w szarym stroju, który siedział z miną skazańca i z burą kotką przy drzwiach wejściowych - Prosił bym powiedział, że wchodzenie na trzecie piętro jest zabronione. Radzę słuchać tego zakazu. No, chyba że nie chcecie dożyć własnych wnuków. I to tyle. Proszę was jeszcze tylko o zaśpiewanie naszego hymnu i możecie przystąpić do uczty! Hymn śpiewa się w takt własnej lub ulubionej melodii! - po chwili magicznym sposobem pojawiły się litery, a cały zamek zatrząsł się od śpiewu, a raczej fałszu uczniów. Najdłużej śpiewali bliźniacy z Gryffindoru, a gdy wreszcie skończyli dyrektor Dumbledore wypowiedział tak przez wielu wyczekiwane słowa (ponieważ wielu już zasypiało):
- Dobrej nocy! - ledwo to powiedział, a od stołów wstały po dwie postacie. Przy tym Krukonów byli to dziewczyna o czarnych włosach i oczach oraz wysoki i umięśniony blondyn z zielonymi oczami. Mieli szaty z herbem Ravenclawu, szpiczaste tiary inną niż ta Przydziału oraz ozdobne odznaki z literą ,,P''
- Jestem Henry Nielson, a to Leonora Prince. Jesteśmy prefektami Ravenclawu - uśmiechnęli się - Prosimy iść za nami. Dotyczy się to zwłaszcza pierwszaków - obrócili się i zaczęli wychodzić z sali, a reszta uczniów z ich domu w tym też Betty i Susan ruszyli za nimi. Gdy tylko wyszli, na korytarz zaniemówili. W Hogwarcie było chyba z setek schodów. Wąskie czy szerokie, zadbane lub nie. Jedne się poruszały, a inne były normalne. Jak zdążył też powiedzieć Daniel były też takie ze znikającym stopniem. Pierwszaki wpatrując, się w to ze zdumieniem szli za prefektami i starszymi uczniami do pokojów wspólnych obracając szybko głową i wszystko uważnie lustrując. Betty zaczarowały portrety różnych osobistości, które poruszały się i mówiły. Większość witała się z nowymi.
- Ale to jest ekstra! - dziewczynka podskoczył i akurat stanęła na znikającym stopniu i gdyby nie Susan runęłaby w dół.
- Już prawie jesteśmy! - krzyknęła Leonora i wraz z kolegą prefektem poprowadziła ich krętymi i długimi schodami na czubek jakiejś wieży - A oto wejście do dormitorium Krukonów! Wystarczy poruszyć kołatkę, odpowiedzieć na ich zagadkę i wejść do środka - dziewczyna podeszła do drzwi bez klamki tylko z kołatką w kształcie orła wykonaną z brązu i zastukała w nią. Brązowy orzeł zadał zagadkę, prefekt pomyślała chwilę, a potem odpowiedziała.
- Poprawna odpowiedź - zaskrzeczała kołatka i otwarła drzwi. Wszyscy weszli, do środka przepychając się (Susan znowu musiała przytrzymać Betty, bo ta po trzy razy się potknęła).
- Dormitoria dziewcząt po lewej. Chłopców po prawej. Chłopacy nie mogą wchodzić do pokoi dziewczyn, ale dziewczyny do chłopaków tak - niektórzy mruknęli coś jakby ,,Nie fair'' i oczywiście byli to faceci zaś dziewczyny zaśmiały się zwycięsko - Wasze bagaże już na was czekają - wyjaśnił Henry. Część starszych uczniów została, w pokoju wspólnym zaś druga połowa ruszyła do dormitorium. Susan rozejrzała się po pomieszczeniu. Był w kolorze herbu, czyli niebiesko brązowy. Na środku stała kanapa, a przed nią kominek. Było kilka foteli i szaf, a za tym wszystkim schody prowadzące do dormitori.
- Chodź już! - krzyknęła Betty i pociągnęła Susan za rękę. Gdy już dotarły, na miejsce Betty wpadła na łóżko. Oprócz dwójki dziewczyn w dormitorium były jeszcze Padma Patil i Pepper Hand, ale cała czwórka nie miała się siły z sobą zapoznawać i pogrążyły się w śnie.
----------
Wow...Mega długi rozdział. Pewnie kolejny będzie o wiele krótszy, ale ja tak zawsze mam, gdy piszę o Ceremonii Przydziału. :D Uważam, że dobrze mi wyszło napisanie go. To ten... za bardzo nie wiem, co napisać więc napisze, że czekam na komy, mam nadzieję, że się podobało i pozdrawiam! :D
Ps 1 Na pierwszy rzut oka pierwsza część tytułu rozdziału nie pasuje do treści ale przyjrzyjcie się. Ukryłam kilka takich ,,odnośników''. Piszcie w komentarzach co waszym zdaniem w treści pasuje do tytułu. (Nie licząc Ceremonii Przydziału)
Ps 2 Pozdrowienia dziś lecą do: Queen OF Fog ;)
Ps 3. Tak kolejny ps xD Wiem Padma mieszkała w dormitorium z innymi dziewczynami ale trzeba było wcisnąć jakoś moje bohaterki nie? ;)

wtorek, 10 stycznia 2017

Rozdział 5 ,,A co ja? Sherlock Holmes?''

- Chcecie coś z wózka kochaneczki? - spytała starsza i miła czarownica, otwierając drzwi przedziału trójki młodych czarodziejów. To co tam zobaczyła przyprawiło ją omal o ból głowy - Co wyście tu powyprawiali? Toż to tajfun! - kobieta wyglądała na zszokowaną, ale wciąż zachowała miły wygląd twarzy. Wyjęła różdżkę i jednym prostym machnięciem wyczyściła sadzę w pociągu. Już otwierała usta, by się spytać, o co chodziło, ale gdy tylko zobaczyła, odradzające się karty z talii Eksplodującego Durnia zamknęła je i pokiwała wyrozumiale i z rozbawieniem głową. Susan na myśl przeszło, że może w latach uczęszczania do Hogwartu była w Huffelpuffie.
- Przepraszamy - Ben wstał z podłogi i podszedł do wózka.
- Co to?! - Betti podniosła się tak gwałtownie, że potknęła się o własne nogi i Susan musiała ją przytrzymać.
- Ach. Zgaduje, że jesteś mugolaczką tak kochana? - Betty pokiwała głową - Cóż to jest wózek ze słodyczami. Ale takimi dla czarodziejów.
- Poproszę wszystko po trochu - Susan wyjęła kilka galeonów z kieszeni.
- Ja też - odparł, Ben również pokazując swoje monety.
- I ja...Ale... - Betti zaczęła przeszukiwać kieszenie, a po chwili dała stos Syklów, po których odliczaniu czarownica zwróciła połowę, a potem dała im słodycze i pojechała dalej. Dzieci rzuciły się do odpakowywania paczek.
- Co to? - Betti wskazała na jakiś cukierek w filetowym opakowaniu.
- To balonówki Drooply'ego. Nie ważne ile je żujesz. Nigdy nie stracą smaku - Poinformował Ben, wciskając sobie jednego do ust. Betti krzyknęła: ,,Ale super!'' i z zapałem zaczęła, rzuć, cukierek zapominając, wyjąć go z papierka co spotkało się z gromkim śmiechem jej towarzyszy. Dziewczynka nawet nie poczuła się zawstydzona. Odwróciła się, wypluła cukierek, rozwinęła z papierka i już we właściwy sposób wsadziła go do ust. Susan również spróbowała owego przysmaku. Faktycznie pomimo długiego żucia wciąż miał taki sam smak jak na początku.
- A to co? - spytała, gdy jej wzrok padł na jakieś pudełko, z którego wysypywało się różnorakie małe cukierki wyglądające jak fasolki.
- To fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta. DOSŁOWNIE wszystkich - Ben podkreślił słowo ,,dosłownie'', a potem wypluł balonówkę przez uchylone okno ekspresu i wziął fasolkę. Obejrzał ją uważnie w ręku i zjadł. Susan i Betty zrobiły to samo. Chłopiec po chwili gryzienia skrzywił, się mówiąc, że połknął akurat tą o smaku psiej karmy. Młodej czarodziejce jednak udało się trafić na truskawkową, a brązowowłosa trafiła taką o smaku trawy.
- Dziwne to - powiedziała Betti przełykając fasolkę.
- Mówiłem - Ben spojrzał na dziewczynki z miną znawcy.
Susan pokręciła tylko głową, a potem trójka znajomych zabierała się już do czekoladowych żab które - jak wyjaśnił Colorado - były zaczarowane, lecz chodziło to głównie o karty do zbierania, lecz wtedy drzwi przedziału otworzyły się i do środka weszły dwie osoby. Pierwszą z nich była dziewczyna o burzy brązowych loków na głowie przebrana już w hogwarckie szaty. Susan aż z ciekawości spojrzała w niebo. Przecież mieli dojechać do Hogwartu, gdy będzie już całkowicie ciemno, a przecież było, dopiero jasne południe więc nie zrozumiała, zbytnio czemu dziewczyna jest już przebrana.
Był jeszcze chłopak. Z brązowymi oczami i jasnymi włosami. Bardzo pulchny i niski. Wydawał się trochę nieśmiały i zagubiony.
- Cześć. Jestem Hermiona Granger, a to Neville Longbottom. Nie widzieliście może ropuchy? Ma na imię Teodora i uciekła Neville'owi - dziewczyna spojrzała, na nich uważnie oczekując odpowiedzi.
- Ropuchy? - Betty zrobiła oczy wielkości talarów.
- Nie. Nie widzieliśmy - wtrąciła się szybko Susan, zanim jej koleżanka zdążyła się rozkręcić.
- A szkoda. Dostałem ją od wujka i ciągle mi ucieka - odparł Neville zawiedziony - Na pewno jej nie widzieliście?
- A co ja? Sherlock Holmes? - Ben stracił cierpliwość - Nie widzieliśmy. Już powiedziałem.
- Dobrze dziękujemy - Hermiona zmierzyła chłopaka gniewnym spojrzeniem, a potem zamknęła drzwi od ich przedziału. Susan zdążyła jeszcze uchwycić jak Longbottom pyta się co to ten ,,Szer Holm''. Gdy tylko dwójka oddaliła, się od ich przedziału jedenastolatka doskoczyła do kolegi.
- Co to miało być?! Nie byłeś zbyt uprzejmy - Ben tylko wzruszył ramionami i chwycił pudełko z czekoladową żabą - Ech... Faceci... Betty nie! Nie ruszaj tylu na raz! - dziewczynka widząc, jak jej koleżanka zaczyna, otwierać kilkanaście paczek z żabami na raz rzuciła się do niej i wyrwała je z jej ręki.
- No ej!
- Chcesz by cię zemdliło? Zgaduje, że w szkole będą cię nazywali ,,Pożeraczem'' - wręczyła jej tylko jedną paczkę.
- Nie zapeszaj - zaśmiał się Ben, który najwyraźniej już zdążył zapomnieć o tym, jak Susan go zganiła. Ta miała ochotę go walnąć w łeb, ale się powstrzymała. Dwójka jej towarzyszy zajęła się odpakowywaniem kolejnych pudełek ze słodyczami. Dziewczynka jednak nie miała na to najmniejszej ochoty. Wstała z podłogi i podeszła do okna. W myślach obliczyła, że musieli być dopiero w połowie drogi. ,,Nie będę siedzieć w tym przedziale jak jakiś ciołek. Pójdę się przejść'' przemknęło jej przez myśl. Minęła siedzących na podłodze Bena i Betty - którzy usiłowali złapać dwie czekoladowe żaby - a potem uchyliła drzwi i wyszła z przedziału. Hermiona i Neville wciąż jeszcze chodzili po przedziałach. Dziewczynka oparła, się o okno nie mogąc doczekać się już Ceremonii Przydziału, o której tak dużo czytała.
- Hej. Czemu tu tak stoisz sama? - usłyszała za sobą jakiś głos. Odwróciła się szybko i ujrzała wysokiego chłopaka o brązowych włosach i czekoladowych oczach. Wydawał się starszy o dwa lata.
- A nic. Po prostu wyszłam z przedziału. Zrobił się tam niezły harmider - uśmiechnęła się - Susan Sacrifice mam czystą krew, ale nie oceniaj po pozorach. Jadę na pierwszy rok - wyciągnęła rękę w jego stronę.
- Nie oceniam - zaśmiał się - Jestem półkrwi ale rodzina ojca to sama czysta krew. Jadę właśnie na trzeci rok, a nazywam się Daniel Ross. Jestem w Ravenclawie - uśmiechnął się szeroko i uścisnął jej rękę. Susan odwzajemniła uśmiech.
- Hermiona i Neville pytali się już ciebie o tę ropuchę?
- O jaką ropuchę? - zdziwił się.
- Czyli nie wiesz - wywnioskowała i opowiedziała mu całą sytuację. O odwiedzinach tej dwójki w ich przedziale, przez chamską odpowiedź Bena dotąd.
- Kojarzę rodzinę Colorado. Mieszkają tuż obok nas - poinformował - Ben jest sympatyczny, ale uwielbia rzucać docinkami.
- Naprawdę? No nie zauważyłam! - udała zdziwienie i oparła, się obok szyby podnosząc brew do góry. Daniel zaśmiał się.
- Naprawdę,naprawdę - chłopak tak jak dziewczyna podniósł zabawnie brew do góry i również się oparł obok szyby tylko po jej drugiej stronie. Zaczęli ze sobą rozmawiać, ale głównie o Quidditchu. Susan zauważyła, że Daniel kocha ten sport. Opowiadał o nim jak najęty, mimo że jego rozmówczyni bardzo dobrze znała zasady, ponieważ czytała je w książce, którą kupiła na Pokątnej. W środku rozmowy wybili także Betty i Ben zaniepokojeni tak długą nieobecnością Susan w przedziale.
- O Ross! Cześć! - chłopak zdziwiony widokiem starszego sąsiada podszedł do niego i uścisnął sobie z nim rękę. Potem przedstawili Betty. Owa dziewczynka patrzyła jak wryta to na swoją koleżankę to na nowo poznanego.
- Nie mówiłaś, że masz chłopaka!!! - wypaliła tak głośno, że słyszeli ją chyba na Tajwanie.
- CO?! - Ross i Sacrifice krzyknęli jednocześnie.
- To nie mój chłopak!
- Ani moja dziewczyna! - zaczęli się wybraniać z tej nieszczęsnej dla nich sytuacji. Nagle usłyszeli znikąd jakiś głos:
UWAGA UCZNIOWIE!!! ZA DZIESIĘĆ MINUT POCIĄG ZATRZYMA SIĘ NA STACJI HOGSMEADE! PROSIMY O PRZEBRANIE SIĘ W SZATY!!! PROSIMY TEŻ ZOSTAWIĆ BAGAŻE! ZOSTANĄ WZIĘTE I PRZYTARGANE DO WASZYCH DORMITORII!
- No cóż... To do zobaczenia przy stole Krukonów - Daniel mrugnął do Susan i poszedł do swojego przedziału. Dziewczynka, chcąc uniknąć (prawdopodobnie) głupich docinków Bena i kolejnej fali pytań Betty dała, nura do przedziału gdzie otworzyła kufer, wyjęła szatę i ekspresowo się w nią przebrała. Potem nadeszła kolej na Betty. Co prawda dziewczynki mogły przebierać się razem, ale Susan wolała unikać pytań koleżanki. Gdy ta była, gotowa do przedziału wlazł Ben. ,,Ona to nazywa gotowością?'' przemknęło dziewczynie przez myśl, gdy zobaczyła koleżankę w zmiętolonej niedbale zarzuconej szacie, źle zawiązanym krawacie i poplamionej koszulce. Susan westchnęła tylko, a potem zaczęła koleżankę przyprowadzać do porządku. Okazało się, że Betty zapomniała przebrać koszuli więc gdy tylko Ben wyszedł, już przebrany ta dała z powrotem nura do przedziału. W tej właśnie chwili pociąg zaczął zwalniać.
- Pospiesz się Betty! - wrzasnął Ben, gdy Susan przygładzała mu koszule i porządniej zawiązywała krawat - Już jesteśmy!
- Idę! - z przedziału wypadła brązowowłosa. Młoda Sacrifice już chciała pobiec i znowu przyprowadzać do porządku, gdyby nie to, że przy drzwiach od pociągu stał już duży tłumek ludzi. Ruszyli więc w tamtą stronę i cudem uszli z życiem. Jako jedni z nielicznych pierwszorocznych, którzy nie zostali staranowani wylegli na peron. Był mniejszy i uboższy niż ten w Londynie, ale także bardzo przytulny.
- Pirszoroczni do mnie! Pirszoroczni! - usłyszeli tubalny głos, który Susan natychmiast poznała.
- Co to jest?! - Betty zrobiła, oczy jak talary widząc wielkiego gajowego i stłoczonych obok niego lekko przerażonych uczniów.
- Co? Chyba kto. To Hagrid. Gajowy jest naprawdę spoko - uśmiechnęła się Susan. Na Benie też nie zrobił on żadnego wrażenia. Najwyraźniej słyszał już o nim od rodziców. Przerażenie i zdziwienie na twarzy Moreno przerobiło się w zachwyt, gdy podeszli bliżej do Hagrida.
- Pirszo... O! Witaj Susan!
- Hej Hagrid! - dziewczynka zwinnie uniknęła przyjacielskiego klepnięcie w plecy przez półolbrzyma bo - jak sama się przekonała w Dziurawym Kotle - miało to niszczycielską moc.
-Jak tam zdrowie co?
- W porządku - uśmiechnęła się szeroko.
- No dobrze. Wszyscy są?! - Hagrid rozejrzał się po zebranych pierwszoroczniakach. Starsi uczniowie już byli w drodze do Hogwartu siedząc w czarnych wozach, które same się poruszały - Chodźcie za mną! - cała grupka ruszyła za gajowym po cienkiej, błotnistej drużce. Prócz wielkiej lampy gajowego nie było żadnego światła. Susan poczuła się bardzo niekomfortowo. Czuła też jak Betty przylega do niej, a Ben przełyka głośno ślinę. Jednak na ich szczęście drużka szybko się skończyła, ukazując rozległe jezioro. Na jego brzegu były zacumowane łódki, a wśród nich większa dla Hagrida.
- Po czterech do łódki! - zarządził Hagrid. Trójka spojrzała na siebie i usiadła z jakąś dziewczyną. Gdy wszyscy zajęli miejsca, a gajowy się usadowił...ruszyli.
Łódki płynęły gęsiego na czele z tą należącą do Hagrida. Nikt się nie odzywał. Wszyscy albo tylko się wiercili tak, że łódki omal się nie przechylały albo wyczekiwali zamku na horyzoncie.
Susan również wyczekiwała Hogwartu przy okazji trzymając mocno Betty, która wierciła, się jakby mrówki po niech chodziły.
- Denerwuje się - przełknęła głośno ślinę. Susan spojrzała na nią. Faktycznie była dosłownie biała jak papier.
- O rany - przeraził się Ben - Może zawołać Hagrida? Nie wyglądasz zdrowo.
- Lepiej nie bo wszyscy się przestraszą i powpadają do wody. Rozejrzyj się. Wszyscy siedzą jak na szpilkach - powiedziała przytomnie Susan omiatając wszystkich wzrokiem ( chociaż i tak nie było zbytnio nic widać tylko w świetle latarni Hagrida).
- W sumie - przyznał - Też się denerwuje Betty, ale to nie znaczy, że masz skakać jak kangur - ta pokiwała szybko głową.
- To już niedaleko! - usłyszeli krzyk Hagrid i spojrzeli w jego stronę. Wskazywał na coś przed nimi. Wszyscy się tam odwrócili, a z ich gardeł wyrwał się okrzyk zdumienia. Zobaczyli potężny i wielki zamek, który w mroku kilka pochodni wyglądał zarówno strasznie, jak i majestatycznie. Po jego lewej stronie widać było gęsty i ciemny las zaś po prawej jakieś boisko z tyczkami prawdopodobnie do Quidditcha.
- Ale super - wyrwało się dziewczynce, która siedziała z nimi w łódce. Miała jasne oczy i blond włosy - Lepiej być nie może - Susan nie śmiała się z nią nie zgodzić. Widok zamku podziałał na pierwszorocznych jak cudowny lek, bo zaczęli rozmawiać z sobą jak najęci, a im bliżej byki brzegu, tym głośniej słychać było szepty.
Aż w końcu dobili do brzegu. Hagrid wyszedł z łódki i zabrał lampę, a potem ruszył, ręką na uczniów by szli za nim. Wszyscy stanęli na lądzie, a Betty wróciły kolory. Cała grupka pierwszorocznych podeszła do wielkich dębowych drzwi, które Hagrid otworzył i weszli do środka. Kolejna fala ,,ochów'' i ,,achów'' wyrwała się z gardła uczniów, gdy zobaczyli wnętrze Hogwartu. Wnętrze było bardzo wielkie, zbudowane z marmurów. Trudno było opisać to miejsce. Wszyscy szli za gajowym jak w transie i przeszli, bo wielkich marmurowych schodach gdzie ten ich zatrzymał. Czekała tam na nich wysoka czarownica w zielonej szacie i szpiczastej tiarze na głowie. Miała surowy wyraz twarzy oraz brązowe włosy spięte w kok. Widać było, że z nią się nie dyskutuje.
- Przyprowadziłem pirszorocznych pani psor - poinformował Hagrid.
- Dziękuje Hagridzie - głos miała tak samo stanowczy, jak wygląd - Możesz już wrócić. Zajmę się nimi - ten kiwnął głową i odszedł na wprost wielkich dębowych drzwi, z których słychać było harmider. Gdy gajowy już zniknął, za drzwiami kobieta zwróciła się do pierwszoroczniaków.
- Witam was wszystkich serdecznie w Hogwarcie. Ja jestem profesor Minerwa McGonagall, jestem zastępcą dyrektora, nauczycielką transmutacji i opiekunką Gryffindoru. Za chwilę zostaniecie przydzieleni do waszych domów, których jest czterech: Gryffindor, Slytherin, Ravenclaw i Huffelpuff. Na czas pobytu tutaj wasz dom zastępuje wam rodzinę. Będziecie się wspierać, wspólnie uczyć i zajmować wolny czas, a także pomagać waszemu domowi, ponieważ za dobre zachowanie dodajemy punkty, a za złe odejmujemy je. Ten dom, który na koniec będzie, mieć najwięcej punktów zdobędzie Puchar Domów. Jakieś pytania? - profesor odpowiedziała cisza. McGonagall chciała znowu coś kontynuować, ale wtedy dało się słyszeć rechot ropuchy dochodzący obok jej nóg i krzyk:
- Teodora! - i pod nogami nauczycielki pojawił się Neville, który wziął ropuchę na ręce. Profesor zmierzyła go złym wzrokiem i wraz z cichym śmiechem uczniów odprowadziła go do tłumu, a potem odwróciła się i poszła, do Wielkiej Sali zapewne poinformować o przybyciu nowych prosząc, też pierwszaków by chwilę tu poczekali...
---------------------
Witam was w kolejnym rozdziale!  Dzisiaj pozdrawiam Oswina Oswalda czyli Sonie.
Próbowałam dać akapity ale z nimi też mam problem xD
Tia. Rozdział ten ciężko mi się pisało ale teraz jest hogwart więc będzie tylko lepiej :D
Ogólnie zamówiłam szablon i teraz na niego czekam ale mam pytanie. Jak ,,skopiować'' taki szablon, a potem go wgrać? Z góry dzięki za odpowiedź :D
Do następnego!

sobota, 7 stycznia 2017

Rozdział 4 Witajcie w naszym przedziale

- Susan! Złaź na dół! Jak się będziesz, tak guzdrać to pojedziesz z kwitkiem, a nie do Hogwartu! - pani Elerin stanęła u szczytu schodów z rękami na biodrach i w skupieniu patrzyła, na schody wyczekując córki.
- Idę, idę! - Susan sprawdziła jeszcze raz wszystko dokładnie, a potem wzięła kufer, klatkę z Arturem i zaczęła schodzić na dół.
- Daj. Wsadzę to do samochodu - pan Elerin wziął od córki bagaże i ruszył do pojazdu zaparkowanego przed domem.
- Masz wszystko? - Ericka zlustrowała Susan uważnym spojrzeniem - Książki? Ubrania? Pieniądze? Artura? Bilet na pociąg? Różdżkę?
- Tak mamo wszystko - powiedziała dziewczynka szybko zanim pani Elerin doszła do kociołka i reszty rzeczy. Kobieta kiwnęła głową, a potem wyszła przed dom. Susan również podeszła do frontowych drzwi i uchyliła je lekko. Na tyłach samochodu siedziała podekscytowana Sally i naburmuszona Gwen. Był dziś pierwszy września czyli wyjazd młodej Sacrifice do Hogwartu. Cała rodzina jechała z nią na peron z wyjątkiem Davida który - chodź rozpoczęcie roku miał o jedenastej - pojechał do szkoły szybciej bo z zespołem musiał przyszykować się na koncert ale już rano pożegnał się z siostrą. Gwen też miała rozpoczęcie o tej samej godzinie dlatego jechała ale Susan była przekonana, że została zmuszona przez rodziców.
- No! Gotowe! - Edmund zamknął bagażnik - Wsiadaj Susan!
- Już! - wyszła z domu, który pani Elerin zamknęła na klucz. Dziewczynka omiotła dom jeszcze raz spojrzeniem - wiedząc, że znowu zobaczy go dopiero na święta - a potem wskoczyła do auta pomiędzy dziewięciolatką a trzylatką. Ta druga natychmiast obsypała, ją masą pytań tak jak każdego dnia odkąd dowiedzieli się, że zostanie czarodziejką. Na wszystkie dziewczynka odpowiadała, cierpliwie patrząc jak Edmund odpala silnik i wyjeżdżają z ogródka. Po chwili byli już na zatłoczonych ulicach Londynu, a po kilku minutach wielki peron Kings Cross zamajaczył im na horyzoncie. Susan przełknęła ślinę bardzo podekscytowana.
- No i już - poczuła jak samochód zatrzymuje się na parkingu - Pomogę ci wyciągnąć te rzeczy. Pójść z tobą na peron czy poradzisz sobie sama?
- Sama - jedenastolatka i rodzice wysiedli z auta. Susan specjalnie nie chciała ich brać. W książkach czytała, jak przechodzi się na peron 9 i 3/4 (nie powiedziała rodzicom o tej dziwnej numeracji) ale wolała tego nie mówić. Jej ojciec poszedł po wózek, a po chwili wtoczył na niego bagaże i klatkę z puchaczem. Artur przebudził się z drzemki i zahuczał nad uchem dziewczyny. Ta uśmiechnęła się i pogłaskała go palcem przez kraty, a potem przytuliła rodziców, którzy raz po raz dawali jej rady typu: ,,Ucz się mądrze'' albo ,,Nie przynieś wstydu'' lub ,,Nie wywyższaj się bo nikt nie jest idealny''. Na wszystko odpowiadała prostą formułką: ,,Dobrze''.
- Wiesz Susan... Twoi prawdziwi rodzice byliby z ciebie dumni. I pamiętaj o jednym: mimo że to my cię wychowujemy, nazywasz nas rodzicami i rodziną to nie zapomnij, że twoi prawdziwi rodzice chodź, martwi to jednak cię kochają i nie zapomnij o nich. Kochaj ich tak samo, jak nas. I bądź dumna, jeżeli cię ktoś do nich porówna - pani Elerin ze łzami w oczach przytuliła jeszcze raz przybraną córkę. Panu Elerin zaszkliły się lekko oczy.
- Powodzenia! - wrzasnęła Sally, a Gwen coś mruknęła pod nosem na styl: ,,To pa...będę tęsknić''' i uśmiechnęła się lekko pod nosem. Susan pomachała im, chwyciła mocniej rączkę wózka i ruszyła przed siebie. Przed drzwiami peronu odetchnęła głęboko, raz jeszcze pomachała swojej rodzinie, a potem otworzyła wielkie drzwi i wjechała wózkiem do środka. Na peronie tego dnia było wielu ludzi. Niektórzy wracali dopiero z wakacji, inni jechali do pracy, a jeszcze inni wyjeżdżali do szkoły z internatem (tyle, że zwykłej). Susan szła, po kamiennej posadzce z uśmiechem mijając różnych ludzi, perony i pociągi.
- Peron cztery, pięć, sześć - liczyła pod nosem - siedem, osiem...9 i 10! To tu! - stanęła między 9 i 10,a potem spojrzała na barierkę pomiędzy tymi peronami. Przełknęła ślinę, a jej nogi zaczęły się trząść. Spojrzała na zegar. Za piętnaście minut jej pociąg odjeżdżał, a ona bała się przebiec. ,,Mogłam wziąć rodziców'' pomyślała. Czytała co prawda jak przejść przez ścianę jednakże i tak się bała. Po chwili robienia kilku wdechów i wydechów chwyciła mocniej rączkę wózka i ruszyła na barierkę. Zamknęła oczy i ku jej uldze nie poczuła zderzenia. Otworzyła, je po chwili znajdując się na peronie. Obróciła się. Tablica za nią głosiła: ,,Ekspres Londyn- Hogwart''. Westchnęła z ulgą i ruszyła pomiędzy ludźmi. Na torach stał już duży czerwony pociąg, którego mocny gwizd przebijał się przez gwar. Na peronie była masa ludzi. Jedni w tradycyjnych czarodziejskich szatach, inni w normalnych ubraniach. Wszędzie walały się bagaże, śmieci. Łaziły koty albo nawet przelatywały sowy. Ludzie żegnali się. Część uczniów była już w pociągu i machała tym którzy pozostali na peronie przez okna. Susan uśmiechnęła się lekko i stanęła przed ,,metalowym monstrum'' jak nazywała, pociągi będąc mniejsza. Wózek zostawiła, na zewnątrz zaś bagaż wtargała do środka. Cudem znalazła wolny przedział i rzuciła walizkę na górę, a potem usiadła na miejscu i spojrzała przez okno. Rozległ się długi i przeciągły gwizd. Ostatni uczniowie na peronie pożegnali się z rodzicami i wskoczyli do pociągu. Po chwili Susan poczuła gwałtowne szarpnięcie i ruszyli. Przylepiła nos do szyby. Oddalali się coraz bardziej i bardziej aż w końcu peron zniknął im z oczu. Uśmiechnęła się lekko. Jechała do Hogwartu! Pewnie rozpłynęłaby się w marzeniach i pytaniach, jak taką podróż przeżywali jej rodzice lecz plany te pokrzyżował jakiś huk i drzwi od przedziału się otworzyły. Susan podskoczyła i obróciła się gwałtownie w tą stronę. Na podłodze leżała Betti. Dziewczyna, którą zdążyła poznać u Madame Malkin. Szybko w przedziale pojawił się także chłopak z czarnymi krótkimi włosami oraz ciemnym kolorem skóry.
- Nic ci się nie stało? - spytał, pomagając dziewczynie wstać. Podeszła do niej Susan.
- To się nazywa wejście smoka - zażartowała.
- Hehe...wiem. Dzięki - zwróciła się do chłopaka - Susan to jest Ben Colorado. Ben to Susan Sacrifice. Jest czystej krwi. Ben jest półkrwi. Jego mama jest mugolaczką, a tata półkrwi - Betti zaczynała, się powoli rozkręcać w gadaniu natomiast na twarzy chłopaka powstał grymas.
- Czysta krew tak? - zmierzył niezadowolony dopiero co poznaną dziewczynę od góry do dołu - To ja wychodzę z przedziału bo nazwiesz mnie zdrajcą krwi, a Betti szlamą - Susan zamurowało.
- Mogłam to zrobić, gdy spotkałam ją na Pokątnej ale tego nie zrobiłam. Lepiej nie oceniaj po pozorach - zmarszczyła brwi. Ben zmieszał się i podrapał po karku, a potem przeprosił i podał dziewczynie rękę, którą uścisnęła. Betti klasnęła wesoło w ręce i objęła, swoich znajomych ramionami używając słów: ,,Najlepsi przyjaciele''. Susan zaśmiała się cicho pod nosem. Już zdążyła zauważyć, że poznana przez nią dziewczyna jest bardzo gadatliwa i niezdarna ale wydawała się sympatyczna. Usiedli, w końcu w przedziale wcześniej wpakowując sobie bagaże na półkę obok tego Susan. I wtedy zapadła cisza. Nawet brązowowłosa nie wiedziała co powiedzieć.
- Gdzie chcecie trafić? - po kilku minutach przysłuchiwania się w ciszy jak pociąg jedzie, po torach Ben odważył się to przerwać.
- Nie wiem! Nie znam domów! - Betti dostała napadu śmiechu, a potem czkawki. Ciemna blondynka pokręciła tylko z niedowierzaniem głową.
- Ja do Gryffindoru - przyznał Ben - A ty Susan?
- Nie wiem - wzruszyła ramionami - Bylebym się czuła tam dobrze - i znów zapadła cisza jednak nie na długo. Chłopak znowu coś wykombinował i pstryknął zwycięsko palcami. Wyciągnął ze swojego bagażu kilka czarodziejskich gier.
- To są gargulki, szachy czarodziejów i eksplodujący dureń. Może zagramy sobie w jakichś z nich co? Wyjaśnię wam zasady, a potem jakąś grę wybierzemy - Susan westchnęła zazdrośnie. ,,Muszę sobie w kolejne wakacje kupić te gry'' pomyślała, a potem zaczęła, przysłuchiwać się jak Ben tłumaczy zasady. Gdy skończył postanowili jednogłośnie wybrać grę w durnia ponieważ szachy były tylko dla dwóch osób, a po gargulkach się śmierdziało.
- Ale fajnie! - Betti znowu zaczęła klaskać w ręce.
- I to jest moi drodzy państwo: ,,Syndrom podekscytowania''! - rzekł Ben tonem znawcy, rozkładając karty.
- Naprawdę? - Susan podniosła wysoko brwi nie dowierzając głupocie.
- No co? - chłopak wzruszył ramionami i zaczęli grać. Gdy po kilku turach przedział nie przypominał już przedziału schowali szybko karty ponieważ Ben słusznie przewidział, że zaraz pojawi się kobieta z wózkiem, w którym można było kupić słodycze i pewnie nie będzie zadowolona. No i tak też się stało.
-----------------
Dzisiaj luźniejszy rozdział. Jeszcze piąty, a w szóstym przydział.
Mam nadzieję, że ten rozdział już jest mniejszą kalką Pottera.
Tak w ogóle to pozdrawiam dzisiaj: Mroczną Jawę ;)
Jak myślicie: gdzie trafią Betti, Ben i Susan?
Ten rozdział był dla mnie trochę trudny do napisania by nie był kalką xD Chyba sobie zmienię nick z Adventure X na Kalka(X).
Pozdrawiam i do kolejnego rozdziału! ;)

piątek, 6 stycznia 2017

Rozdział 3 Wybór

- O wow - szepnęła, unosząc wysoko głowę. Budynek był wielki koloru śnieżnobiałego. Miał wiele postawionych marmurowych kolumn, a nad szerokimi, brązowymi drzwiami widniał duży napis stworzony ze złotych liter: ,,Bank Gringotta''. Hagrid ruszył w kierunku dużych marmurowych stopni, a za nim ruszyła Susan. Po chwili gajowy otworzył drzwi. Przed nimi znalazły, się kolejne drzwi gdzie był wygrawerowany jak wiersz lub kodeks. Susan szybko obleciała go wzrokiem, po czym zrobiło jej się nieswojo. Hagrid otworzył kolejne drzwi i weszli w końcu do gigantycznego pomieszczenia. Po jego bokach znajdowały się kolumny oraz jasnobrązowe, wysokie kontuary, na których siedziały niskie istoty i pisały coś piórami na pergaminach. Jedenastolatka domyśliła się, że są to jakieś rachunki związane z pieniędzmi. Między kolumnami było także wiele mniejszych brązowych drzwi. Cały bank był pełen klientów i niskich stworzeń, czyli goblinów. Wszystkie te stworzenia były ubrane w miniaturowe garnitury. Miały długie szpiczaste palce, nosy i uszy, lecz Susan zgadywała, że i stopy muszą być takie. Wielu z nich było łysych lub miało włosy z tyłu, chociaż zdarzały się też niektóre z normalnymi fryzurami. Miały także wielkie głowy. Susan zauważyła też, gdy gobliny się odzywały, że mają nieprzyjemnie szpiczaste zęby. Pamiętając o prośbie Hagrida niemal się do niego przykleiła. Półolbrzym podszedł do jednego z kontuarów i chrząknął. Goblin siedzący przy tymże właśnie kontuarze podniósł głowę i spojrzał na niego.
- Panna Susan Sacrifice chce wybrać pieniądze ze swojej skrytki - wyjaśnił Hagrid. Goblin wychylił się i spojrzał na Susan, przez co ta odruchowo się cofnęła.
- A czy panna Sacrifice posiada klucz?
- Tak... - wyciągnęła szybko mały złoty kluczyk i podała goblinowi. Ten obejrzał go w ręku, po czym kiwnął głową.
- Krypta numer 124* - mruknął i przywołał ręką jednego z goblinów, który właśnie odprawił kolejnych z klientów. Goblin potrzeszdł do swojego pobratymca. Ten zszedł z kontuaru wyjaśnił mu wskazując na Susan gdzie mają się udać, a potem wrócił na posterunek. Poinformowany stwór spojrzał na nich, kiwnął głową, po czym powiedział:
- Proszę za mną - ruszyli do jednych z drzwi. Goblin wyjął jeden z kluczy, wsadził do zamka obok i przekręcił. Weszli do środka, który okazał się początkiem tunelu, a przed nimi stał czarny wagonik.
- No nie. Znowu - westchnął zrezygnowany Hagrid. Susan spojrzała na niego zdziwiona.
- Sama potem zobaczysz - odparł i popędził ją do wagonika. Wsiedli, z tyłu zaś ich przewodnik zajął miejsce z przodu, chwycił wajchę znajdującą się w środku wagonika i pociągnął do tyłu. Wtedy wagonik ruszył, ostro w dół raz po raz skręcając. Susan już zrozumiała skąd ta niechęć Hagrida. Gdy gwałtownie się zatrzymali przed jakimiś owalnymi drzwiami, gajowy z ulgą wyszedł z wagonu. Dziewczynka i goblin również to zrobili.
- Latarkę proszę - niski stworek wskazał na wielką, zapaloną latarkę znajdująca się w wagonie. Susan podała mu ją, a on podszedł do drzwi - Klucz proszę - dziewczynka znowu spełniła, jego prośbę podając mu mały kluczyk. Wsadził go do zamka obok drzwi i przekręcił. Usłyszeli jakby zgrzyt i po chwili wejście się otworzyło. Oczy Susan zrobiły się okrągłe jak spodki.
- Te złote to galeony, srebrne to sykle lecz tu ich nie ma, a brązowe - ich też tutaj nie ma - to knuty. Siedemnaście sykli to jeden galeon zaś dwadzieścia jeden knutów to jeden sykl - wyjaśnił Goblin.
- Jeju - Susan zbliżyła się do otwartej skrytki. Było tam mnóstwo monet. Wszystkie to były galeony.
- Twoi rodzice mieli dużo kasy. W końcu byli z tych czystokrwistych rodów. No, a potem nazbierali jeszcze więcej. Zresztą widzisz - mruknął Hagrid - Ach tak! Masz - dał jej brązową sakiewkę, która zapełniła się po brzegi. Goblin, widząc, że to zostało, już załatwione zamknął kryptę i ku niezadowoleniu Hagrida wrócili do wagonika. Na szczęście podróż na górę już nie była taka okropna. Podziękowali goblinowi, po czym wyszli z banku na ulicę.
- Hagrid? Gdzie teraz?
- Pokaż mi listę - poprosił. Susan wręczyła mu posłusznie świstek - Ja pójdę po kociołek, składniki to eliksirów i te mniej przydatne rzeczy, a ty idź do księgarni, po szaty i różdżkę. Potem zabiorę cię na lody, a spotkamy się tu za...godzinę. Wiesz gdzie iść? - Susan pokręciła przecząco głowa. Hagrid zaczął jej więc tłumaczyć, a gdy ta kiwnęła głową na znak, że już rozumie: rozstali się. Dziewczynka ruszyła najpierw po szaty. Skierowała się w stronę, którą pokazał jej Hagrid. Był, tam sklep we wściekło fioletowym kolorze. Na witrynie sklepowej były wywieszone różny szaty, a nad tym wszystkim złotymi literami widniał napis: Madame Malkin - szaty na wszystkie okazje''. Susan pchnęła drzwi i weszła do środka. Natychmiast uderzył ją ostry zapach perfum.
- Ach witaj dziecinko! Do Hogwartu tak? Po raz pierwszy? - Susan zaczęła kiwać głową - Och dobrze kochana. Chodź tutaj - Madame Malkin pokazała jej mały i niski stołek koloru brązowego, na który Susan weszła. Kobieta zaczęła ją mierzyć, a potem zarzuciła na niej skrawki materiału i odmierzała odpowiednie kawałki. Obok niej lewitowało pióro i kartka, które coś notowało. Pewnie rozmiary. Po piętnastu nudnych minutach szaty były gotowe. Kobieta zapakowała je, przyjęła pieniądze i pożegnała się z Susan. Ta już otwarła drzwi, by wyjść ze sklepu, gdy nagle do środka wpadła niska dziewczynka o brązowych, długich włosach i ciemnych oczach.
- Dzień dobry! Jestem Beatrice Moreno, ale wszyscy mówią mi Betti! Przyszłam pierwszy raz po szatę! - wykrzyknęła wesoło się szczerząc. Madame przywitała się, a potem poprosiłaby poczekała, bo musi przynieść materiały i znikła za zapleczem. Dziewczynka szybko znalazła wzrokiem Susan.
- Cześć! Ty też po raz pierwszy do Hogwartu? - Susan kiwnęła głową - Super! Jestem...
- Wiem, wiem słyszałam - uścisnęły sobie ręce - Jestem Susan Sacrifice.
- Jesteś czystej krwi? - znowu kiwnięcie głową - Ale fajnie! Ja jestem mugolaczką, a moi rodzice mugolami. Nie lubią magii i nie chcieli mnie puścić do Hogwartu, ale wicedyrektorka profesor McGonagall przekonała ich i dlatego jestem tu! I jestem tu właśnie z nią. A ty?
- Em... Jestem czystej krwi, ale zajmuje się mną niemagiczna rodzina. Przyszłam tu z gajowym - odparła zakłopotana. Betti była sympatyczna, ale widać było, że uwielbiała gadać. I właśnie chciała coś powiedzieć, ale wtedy przyszła Madame Malkin z nowymi materiałami.
- Fajnie. To pa! Do zobaczenia w Hogwarcie! - Betti pomachała jej.
- No pa! - Susan odmachała i wyszła ze środka, a potem skierowała się do księgarni ,,Esy i Floresy'' po przydatne książki do szkoły. Jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki, gdy zobaczyła wnętrze. Pod sam sufit były poustawiane półki z książkami które miały różne kolory okładek, grubość. Susan wzięła jedną z nich do ręki. Z księgi, którą miała, w domu dowiedziała się, że obrazki w świecie czarodziejów się ruszają, ale i tak zrobiło to na niej piorunujące wrażenie. Dziewczynka dopiero po dziesięciu minutach zakupiła książki, które potrzebowała do szkoły oraz dodatkowe (między innymi o Quidditchu), ale i tak trudno było jej się pożegnać z tak dużym źródłem tylu książek. W końcu jednak wyszła z ,,Esów i Floresów'' udając się, bo najważniejszy element całego wyposażenia, czyli różdżkę. Susan serce zabiło mocniej, gdy szła mniej ruchomą uliczką. Spojrzała na budynek. Wyglądał obskurnie, a nad jego drzwiami złote, złuszczone litery układały się w napis: ,,Ollivanderovie - najlepsi wytwórcy różdżek od 328 roku p.n.e.''. Dziewczynka przełknęła ślinę, po czym pchnęła drzwi i weszła do środka. Mały dzwoneczek oznajmił jej przyjście, lecz nikt się nie pojawił.
- Halo! Jest tu kto? - spytała, rozglądając się po pomieszczeniu. Półki były po sufit wypchane pudełkami z różdżkami.
- O! Spodziewałem się tutaj pani panno Sacrifice - usłyszała za plecami i podskoczyła. Zobaczyła staruszka z siwymi, postrzępionymi włosami. Susan skojarzył się trochę z Einsteinem.
- Wydaje mi się jakby twoi rodzice ledwie wczoraj kupowali swoje różdżki - podszedł do jednego z pudełek i wyciągnął różdżkę.
- Która ręka ma magiczną moc?
- Em...wydaje mi się, że prawa - odpowiedziała, nie będąc pewna swoich słów.
- Grusza, włos jednorożca. 10 cali - wręczył jej różdżkę do ręki - Machnij - posłusznie wykonała polecenie i zamachnęła się ręką, w której trzymała różdżkę. Rezultaty były takie, że kilka pudełek spadło z półek.
- To nie ta - Ollivander wyjął jedenastolatce różdżkę z ręki i wręczył jej inną - Heban, pióro feniksa, 12 cali - dziewczynka znów machnęła i tym razem pęknął wazon.
- Przepraszam! - krzyknęła natychmiastowo.
- Nic się nie stało - podszedł, do kolejnego z pudełek wcześniej zabierając różdżkę Susan z ręki. Ollivander spojrzał na pudełko, które wziął w dłoń, a potem na Susan. Dziewczynka zmarszczyła brwi. Staruszek podszedł do niej dość żwawo i wyciągnął w jej kierunku różdżkę.
- Jawor, pióro feniksa, 11 i 3/4 cala - poinformował. Jedenastolatka wzięła przedmiot do ręki. Wtedy poczuła, jak przenika ją nieznana energia, a lampa w pomieszczeniu zaczęła migać jasnym światłem. Znikąd zerwał się też lekki wiatr. Ollicander spojrzał na Susan zdziwiony, a potem na jej różdżkę.
- Bardzo ciekawe... - szepnął - Naprawdę bardzo ciekawe...
- Ale... co? - spytała zdumiona.
- Twoich rodziców wybrały dokładnie te same różdżki: jawor, pióro feniksa, 11 i 3/4 cala. Z tego samego feniksa, z tego samego drzewa. I co dziwne nie dość, że twoja różdżka ma dokładnie taki sam rdzeń i drzewo to jeszcze z tego samego feniksa i jawora... - Susan stała z otwartą buzią. Po krótkiej chwili w milczeniu zapłaciła za różdżkę i otworzyła drzwi, by wyjść na zewnątrz.
- Powodzenia... Twoi rodzice byliby z ciebie dumni.
- Dziękuje - uśmiechnęła się lekko i wyszła.
- Susan! Susan!
- Hagrid? Co ty tu robisz? Byliśmy umówieni...
- Długo cię nie było, więc myślałem, że się zgubiłaś czy coś - wyjaśnił, wręczając jej okrągły wafelek, na którym znajdowała się kulka lodowa — Ale widzę, że wszystko w porząsiu.
- Czyli wracamy? - Hagrid kiwnął głową i ruszyli z powrotem w stronę kamiennej ściany. Gdy byli już w połowie drogi wzrok Susan przykuł budynek pełen pohukiwania i gwaru. Nawet na zewnątrz niego latały pióra. Napis nad drzwiami brzmiał ,,Centrum Handlowe Eeylopa''.
- Co to Hagrid? - zapytała, podchodząc bliżej drzwi.
- Tu można kupić sowę, a co? - spytał. Dziewczynka jednak nie słuchała go, bo była zapatrzona w okno, przez które widać było dorodnego puchacza. Susan uśmiechnęła się, a potem pchnęła drzwi i weszła do środka. Nie minęła nawet chwila, a wyszła, z klatką w ręku gdzie urzędował właśnie ów samiec puchacza. W głowie dziewczynki wciąż przelatywały słowa Hagrida: ,,Twoi prawdziwi rodzice: Artur i Marina''. I właśnie tym pierwszym imieniem Susan postanowiła nazwać sowę. Uśmiechnęła się. Teraz naprawdę czuła, że nic już nie będzie takie jak kiedyś.
---------------
No i kolejny rozdział gotowy. Uważam, że jest bardzo dobry ale to wy już zdecydujecie. Dzisiaj mam dedyk dla... was wszystkich. ;) Dzięki za komentarze bo bardzo motywują. W kolejnym rozdziale w końcu będzie peron.