środa, 18 stycznia 2017

Rozdział 9 Wszystko przez przypominajkę

- Cokolwiek to jest nie powinniśmy się tym zamartwiać - uciął dyskusję Ben, gdy Susan skończyła następnego dnia opowieść podczas ,,spaceru'' do Wielkiej Sali na śniadanie.
- Masz racje. Nie powinniśmy NA RAZIE się tym zamartwiać - skinęła, głową podkreślając dwa ostatnie słowa i podnosząc brew. Ben tylko westchnął, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej, ponieważ znaleźli się już w pomieszczeniu i skierowali się do swoich stołów.
- Boję się - przyznała Betty siadając - A co jak to... Jak to jakieś zombie jest tu schowane? - szepnęła, rozglądając się na boki. Susan, która właśnie siadała, omal nie spadła na ziemię. Pod osłoną dziwnych spojrzeń wstała i usiadła, normalnie cały czas się śmiejąc, a jej towarzyszka udawała, że jej nie ma.
- Co jest? Bawisz się w Betty? - usłyszeli wesoły głos Daniela.
- Nie. Po prostu mnie jak zwykle rozbroiła - odparła Susan już trochę bardziej uspokojona wskazując na dziewczynkę - Jak było u Filcha?
- Dobrze. Bywało gorzej - westchnął, a potem uśmiechnął się i nałożył na talerz jajecznicę i nalał do szklanki soku pomarańczowego.
- Bywało gorzej? - zdziwiła się, ale Daniel uśmiechnął się tylko tajemniczo i zaczął jeść. Przez twarz Susan przemknął lekki uśmiech, a potem również nałożyła jajecznice. Jednakże nie spieszyła się z jedzeniem. Była niedziela i nie trzeba było łamać sobie karku, by zdążyć na lekcje. Betty obok również się tym nie przejmowała, ponieważ zapchała sobie talerz i usta górą jedzenia. Susan już zdążyła się zorientować, że dziewczynka uwielbia, a wręcz ubóstwia jeść. W pierwszej chwili chciała upomnieć ją i zastraszyć tyciem jednakże po krótkim zastanowieniu machnęła tylko ręką i również wzięła, się za śniadanie wzrokiem omiatając stoły.
~~~~~~~~~~
- Jeju nie mogę się doczekać! Już jutro mamy pierwszą lekcję latania! - Ben już od pół godziny gadał jak najęty,a raczej powtarzał te same zdania.
- Tak wiem mówiłeś już - Susan ziewnęła, dając mu do zrozumienia, że nudzi ją ta jego bezsensowna paplanina.
- A o której jutro mamy.... - spytała, Betty potykając się o szatę i gdyby nie Susan wylądowałaby znowu na ziemi - Dzięki. ... Lekcje tego latania? - dokończyła.
- Wy i Puchoni rano, a my ze Ślizgonami - prychnął - Po południu.
- Aha. To walnij ode mnie Sebastiana niby przypadkowo miotłą - uśmiechnęła się wrednie Susan. Ben spojrzał tylko na nią spojrzeniem typu ,,Robi się'', a potem ruszył schodami do pokoju wspólnego z innymi Gryfonami, by odpocząć po lekcjach. Był już jedenasty października i jutro miały zacząć się lekcje latania na miotłach dla pierwszoklasistów. Pierwszy miesiąc minął Susan bardzo szybko głównie na nauce, spotykaniu się z Benem i Betty (którzy stali się jej przyjaciółmi) i - rzecz jasna -unikaniem Sebastiana. Betty jak zwykle się potykała, lecz i tak w niezdarności nie dorównywała Neville'owi. O ile ona - chodź ukazywała swoją niezdarność często - wychodziła ze swoich upadków ze szwanku, o tyle chłopiec z Gryffindoru nie miał tyle szczęścia.
Za to Ben przez pierwsze kilka dni w Hogwarcie puszył się jak paw, bo dormitorium dzielił ze sławnym Harrym Potterem. Dopiero Susan przywołała go do porządku.
Fenomenem - także z domu lwa - była Hermiona Granger. Bardzo inteligentna chociaż zarozumiała. Susan bardzo często zastanawiała się czemu dziewczynka z domu lwa nie trafiła do Ravenclawu. Nawet kiedyś ją się o to zapytała i ta przyznała, że Tiara rozważała taką opcję, ale ostatecznie wylądowała w domu Godryka Gryffindora. Susan często przebywała, w bibliotece szukając różnych książek i często spotykała się w tym miejscu z Hermioną która została jej najlepszą koleżanką. Lubiła wtedy jej towarzystwo, bo mogły rozmawiać na tematy, które jej obie interesowały czego młoda Krukonka nie mogła zrobić z Betty czy Benem. Prędzej z Danielem jednakże ten często nie miał czasu.
- Na dziś mam dość! - westchnęła, Betty upadając na swoje łóżko w dormitorium.
- Ja też! - przyznała Pepper również rzucając się na własne.
- Nie było tak źle - usłyszały głosy Padmy i Susan. Pepper podniosła się na łokciach i spojrzała na nie uważnie,
- Gdyby nie wygląd mogłybyście być bliźniaczkami.
- Jak już to trojaczkami - sprostowała Susan - Poza tym bliźniaki nie muszą być do siebie podobne - w odpowiedzi omiotło ją rozeźlone spojrzenie. Panna Hand nie lubiła, gdy ktoś był mądrzejszy od niej. Chociaż Pepper była, przezywana mysz przez swój mysi kolor włosów to nie była ani cicha, ani łagodna. Potrafiła pokazać pazurki, gdy ktoś ją zdenerwował, a to można było zrobić bardzo łatwo. Na przykład Odin, który specjalizował się w dowcipach. Nie takich jak Weasleye. Ponieważ Odin był mugolakiem specjalizował się w mugolskich żartach, które denerwowały kilka osób, a zwłaszcza Pepper.
- Wiem, że jesteśmy Krukonami, ale nie musisz się wymądrzać - prychnęła.
- Nie wymądrzam, ale mówię prawdę - zaśmiała, się potem siłą ściągnęła przyjaciółkę z łóżka i zaciągnęła ją do biblioteki, by odrobić zadanie zadane przez profesora Binnsa. Tam czekała na nie już Hermiona która oczywiście jako jedyna przemogła sen na nudnych lekcjach o historii magii i miała wiele notatek.
- Cześć - uśmiechnęła się i pomachała im.
- Hejka - powiedziały Krukonki jednocześnie i weszły pomiędzy pułki z książkami i usiedli przy stole.
- No cześć - uśmiechnęła się - Jutro lekcje latania. Jak się czujecie?
- Nie wiem. Nigdy nie lataliśmy - uśmiechnęła się Susan, a potem nachyliła się do Hermiony - Nie wspominaj o tym przy Betty - zerknęły na nią. Faktycznie była blada. Susan tylko pokręciła głową.

Kolejnego dnia z samego rana po lekcji zielarstwa i eliksirów pierwszoroczni Krukoni i Puchoni ruszyli przed zamek na boisko do Quidditcha. Betty była blada jak ściana i musiała iść podpierana przez Susan i Padmę, która akurat się napatoczyła.
- Spokojnie Betty - powiedziała Patil - To nic strasznego.
- A c...co jak się z...zabije?
- Przecież są nauczyciele. Czytałam i wiem, że od tylu lat ile Hogwart istnieje, nikt nie zabił się przez lekcje latania! - odparła Susan. Dotarły na boisko gdzie stali już inni pierwszoroczniacy z domów kruka i borsuka. O dziwo nie tylko Betty reagowała w taki, a nie inny sposób. Wielu również było bladych, a nawet bladszych. Inni podchodzili do tego neutralnie (Jak Padma i Susan), a jeszcze inni (jak Pepper i na późniejszej lekcji Ben) nie mogli się doczekać. Obok leżały miotły, a na boisku panował harmider.
- Proszę o spokój! - usłyszeli głos. Odwrócili się i zobaczyli kobietę o jastrzębich oczach, siwych włosach ubraną w czarną szatę i trzymającą miotłę w ręce - Nazywam się Hooch i będę was uczyć jak latać na miotle. Na co czekacie? Stańcie po lewej stronie miotły, wyciągnijcie rękę i krzyknijcie: ,,Do mnie!'' - poleciła, a Susan od razu wyczuła, że lepiej z nią nie zadzierać. Wykonali szybko jej polecenie i odpowiednio się ustawili, po czym wyciągnęli dłoń i po stadionie przebiegł wielki krzyk kilku uczniów połączony w jedno:
- DO MNIE!!!
Miotła Susan natychmiast poderwała się z murawy, a ta złapała ją trochę niepewnie. Była zdziwiona. Dopiero potem przypomniało jej się, że tak naprawdę nie zna swoich prawdziwych rodziców i któryś z nich, a nawet obydwaj mogli dobrze latać na miotle. No i miała czystą krew. Na moment zrobiło jej się trochę przykro, ale okrzyki pani Hooch przywołały ją do porządku. Wiele mioteł leżało jeszcze na murawie. Pepper udało się za drugim razem (ten fakt ją niezbyt zadowolił), Padmie udało się za czwartym razem, a miotła Betty poderwała się jako jedna z trzech ostatnich (ale pierwsza z tej ostatniej trójki).
- Dobrze - zabrała znowu głos pani Hooch, gdy wszyscy mieli miotły w rękach - Usiądzie na nich i na dźwięk gwizdka odbijcie się od ziemi - wszyscy wykonali jej polecenie, a gdy głośny gwizd przeszył, powietrze odbili się od podłoża. Susan poszło jak z płatka.
- Wowo....jak to się ha-hamuje?! - spytała, chybocząc się na boki.
- Siedź spokojnie - poradziła Susan, ale niezbyt to się udało, bo Betty starając, się rozpaczliwie zatrzymać równowagę poderwała trzonek miotły do góry co poskutkowało tym, że poleciała jeszcze wyżej. Wtedy pani Hooch musiała zareagować.
- Panno Moreno! Niech pani natychmiast wraca do nas! Panno Moreno!
- RATUNKU! - odpowiedział im tylko krzyk spanikowanej Betty  która teraz wywijała beczki, koziołki i serpentyny.
- Wow. Takimi akrobacjami podbiłaby serca wielu fanów quidditcha - odezwał się jakiś Puchon, obok którego przeleciała Betty której udało się zniżyć lot, a po chwili znowu go podwyższyć - Pod warunkiem, że kontroluje się sytuacje - nagle obok znowu coś świsnęło ale tym razem była to profesor Hooch, która podleciała do dziewczynki i bezpiecznie sprowadziła ją na ziemię. Betty była blada jak ściana. Kobieta udzieliła jej srogiej i ostrej reprymendy,a potem stwierdziła, że lepiej będzie, jeżeli niedoszła ,,mistrzyni podniebnych lotów'' usiądzie na trybunach. Dziewczynka z ulgą wypełniła to polecenie.
- No dobrze - usłyszeli znowu głos nauczycielki, gdy sytuacja była opanowana - Jest jeszcze ktoś, kto się boi? - zgłosiło się kilkoro osób - Dobrze. Usiądziecie na chwile na trybunach. Wami zajmę się indywidualnie za chwilę. A wy ustawcie się w kolejkę i kolejno zataczajcie po jednym kółku stadionu - poleciła i podeszła do tych słabszych. Susan stojąc (a raczej wisząc) w kolejce obserwowała Betty, której stopniowo wracały kolory. Aż nagle nadeszła jej kolej. Złapała się mocniej miotły i wypruła do przodu.
- Ale super - zaśmiała, się zakręcając przy trybunie i wracając do kolejki.
- Bardzo dobrze panno Sacrifice! - pochwaliła ją profesor Hooch - Wszyscy już zrobili swoją kolejkę? Dobrze to teraz... - różdżką przywołała skrzynię i wyjęła z niej kafla - Panna Sacrifice stanie na bramce, a wy będziecie w kolejce kolejno rzucać raz kafla przez obręcz, a potem podawać do kolegi, który czeka w kolejce. Zadaniem Pani Sacrifice jest bronić. Gdy jedna tura kolejki minie ostatnia osoba z tury staje na bramce i rozpoczyna się kolejna kolejka. Wszystko jasne? - kiwnęli głowami, a Susan podleciała to trójki żółtych obręczy. W tym czasie pani Hooch nadzorowała słabszych uczniów, którzy wchodzili na miotłę. Ich zadaniem było po prostu zataczanie małych kółek i spróbowanie niespadnięcia z miotły. Betty zaś miała ćwiczyć równowagę i po prostu wisieć w powietrzu i próbować się nie zabić.
W tym czasie Susan starała się bronić kolejnych rzutów. Szło jej całkiem sprawnie. Raz broniła jak bramkarz z piłki nożnej, innym razem odbijała jak siatkarz, a jeszcze innym razem improwizowała. Potem zamienili się miejscami i wraz z innymi rzucała do bramki (w prawie wszystkich próbach trafiając). Potem nadszedł koniec lekcji. Gdy dwie przyjaciółki szły, w stronę zamku Susan głośno wyraziła, że lot na miotle jest, najlepszym co może być.
- Podobało ci się?! - bąknęła obrażona Betty - To było okropne!
- Twoje zdanie - jej rozmówczyni wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pod nosem.
- I jak było?! - nagle podbiegł do nich Ben.
- Super! - Susan uśmiechnęła się szeroko.
- Mów za siebie - Betty omal nie warknęła. Bena zamurowało. Znał mugolaczkę już długo i wiedział, że jest potulna jak baranek. Rzadko tak się zachowywała.
- Co jej się stało?
- Omal się nie zabiła - poinformowała Susan.
- Aha, czyli tak jak zwykle - zaśmiał się Ben.
- Wydrapię ci kiedyś oczy - burknęła Betty.
- Prędzej to ucałujesz te oczy. Jak pies - zaśmiała się druga Krukonka, a potem wraz z Benem musieli zbierać dziewczynkę z trawy, ponieważ ta obrażona przyspieszyła kroku i standardowo się wywaliła.
Wtedy usłyszeli dzwon na lekcje. Chłopak i dziewczynka przeprosili mugolaczkę, a potem ruszyli w swoje kierunki (Betty zdążyła się powtórnie wywalić).
Kolejne lekcje poszły szybko przynajmniej dla Susan. Benowi nie szło tak łatwo. Na każdych przerwach, gdy go spotykali, ten tylko zacierał ręce i powtarzał, że nie może się doczekać i że dzisiaj nauczyciele są w jakiejś zmowie zarażeni wirusem pod tytułem: ,,Nuda większa od profesora Binnsa'', a zanudzanie więcej niż on to nie lada wyczyn.
Ale w końcu nadszedł upragniony dla niego czas. Było już po lekcjach dla większości w tym dla Krukonów. Susan zostawiła książki w pokoju wspólnym, wzięła pergamin i wyszła. Chciała obejrzeć lekcje i przy okazji napisać list dla rodziców. Betty została, mówiąc, że nie chce dziś już mieć żadnego kontaktu z lataniem. Nawet wzrokowego. Wolała leżeć i patrzeć w sufit w całkowitej ciszy, bo Pepper i Padma również wychodziły. No może nie w całkowitej... Przy miauczeniu Ivaneska. Był to dachowiec szaro - biały kot należący właśnie do Betty. Dziewczynka zabrała go z domu. Miał wredny charakter i potulny był w stosunku do swojej właścicielki i Susan (ewentualnie też do Bena, ale i w stosunku do niego mógł mieć humorki). Nie lubił też sów. O ile Artur Susan potrafił sobie z nim radzić, o tyle brązowa sowa Bena o imieniu Banderas już niezbyt.
- Mówię wam. Gdyby mój Rokko tu był to by przegonił tego pchlarza - mawiał Ben. Rokko był wielkim bernardynem, którego chłopak niestety nie mógł ze sobą zabrać. Może nawet to i dobrze, bo gdyby był, to Betty denerwowałaby się częściej, a już po takich wypowiedziach Bena była wkurzona. A jak Moreno się denerwowała, to potykała się  trzy razy częściej.
- Na pewno nie idziesz? - spytała Susan na odchodne.
- Nie. Mam dość. Ale...możesz, poprosić Artura by wysłał to moim rodzicom? - podała Susan list, który ta wzięła.
- Kup sobie w końcu sowę!
- Nie mogę.
- To niby czemu?
- Ivanesko - wskazała na kocura.
- To używaj tych z zamków. Artur nie jest listonoszem - starała się przybrać groźny wyraz warzy, ale miała, dziś dobry humor więc to się nie udało. Wyszła na błonia, a potem do sowiarnii. Sowa natychmiast zleciała i uszczypnęła dziewczynkę przyjacielsko w policzek. Ta pogłaskała go z szerokim uśmiechem i wręczyła lista. Sowa, widząc list od Betty zahuczała oburzona, ale udobruchana swoim przysmakiem (jakim była kukurydza) poleciała. Wtedy dziewczynka udała się na boisko. Ku jej zdziwieniu i niezadowoleniu lekcje odgrywały się na dziedzińcu, a nie na boisku. Dziewczynka nie wiedziała, z jakich to przyczyn. Nie spodobało jej się też to, że nie można było oglądać lekcji. Na myśl jej przeszło, że to z powodu tego, by nie stresować ,,tych gorszych'', a widząc w grupie Neville'a wiedziała, że mogą być kłopoty. Zwłaszcza po dzisiejszej przygodzie Betty. I były. Dziewczynka poszła do zamku, a potem ruszyła po schodach do wieży Ravenclawu. Jednak nie po to, by iść do pokoju wspólnego. Przywarła nosem do szyby w idealnym momencie, gdy Neville uderzył w ścianę obok i zleciał z miotły. Inni stali na ziemi. Susan zmarszczyła brwi.
- No i świetnie. Nawet bez publiczności coś odwalił. Merlinie....Longbottom ogarnij się. Jeszcze nikt się nie odbił, a ten już - zaczęła narzekać jednakże po chwili zamilkła i skupiła się na sporym tłumie, który otoczył Neville'a. Zobaczyła, jak profesor Hooch biegnie z nim do środka zamku trzymając go za rękę, a potem jak Malfoy bierze kulisty przedmiot zwany Przypominajką, który należy do Neville'a, a potem wzbija się w powietrze.
- Cześć! - usłyszała za sobą głos. Odwróciła się.
- Cześć Daniel.
- Czemu tak się lepisz do tej szyby. Co? Zakochałaś się w szkle? - zażartował.
- A co? Zazdrosny? Nie. Chodź zobacz - podszedł zaintrygowany i spojrzał na sytuacje rozgrywającą się na zewnątrz. Susan szybko streściła mu sytuacje. Ten zmarszczył brwi.
- Malfoy'ie - prychnął - Wielka mi gwiazda - zdążyli wyłapać jeszcze jak owa ,,Wielka gwiazda'' wyrzuca przypominajkę w powietrze, a Harry - który również wzbił się w górę, by odebrać Malfoy'owi własność Neville'a - łapie ją w pięknym stylu i przy gromkim brawie ląduje na ziemi. Daniel skomentował to gwizdem podziwu. ,,Ma za swoje'' przemknęło dziewczynce przez myśl, a potem szeroko się uśmiechnęła. Mina jej jednak zrzedła, gdy zobaczyła, jak z zamku wychodzi profesor McGonagall i zabiera Pottera....
- Ej! Czemu tylko Harry! A Malfoy to co?!
- Pewnie ją przekupili! - Danielowi z uszu leciała para - To nie fair! Czemu Slytherinowi zawsze się upiecze?!
- Nic nie poradzimy - westchnęła ciężko - Ale pamiętaj też, że McGonagall nie daje się przekupić - potem pobiegła szybko do dormitorium i streściła wszystko Betty. Zmartwiła, się dobrze wiedząc, że Ben będzie wściekły. Poczekały do końca lekcji, a potem wybiegły na dziedziniec, by pocieszyć przyjaciela. Podbiegł do nich z szerokimi uśmiechami.
- Potter najmłodszym graczem w quidditcha! Będzie szukającym! Żadnemu pierwszakowi to się nie udało! - informacja ta wmurowała je w ziemię - A wszystko przez przypominajkę!
-------------
No hej. Jestem zadowolona z tego rozdziału. Wyszedł długi i wplątałam tam fragmenty które....hm...nie były nudne. Nie wiem, czy były śmieszne, ale na pewno nie były nudne xD No dobra nie wiem co jeszcze dalej pisać więc napisze tylko, że pozdrawiam i liczę na komy! Cześć! ;)

2 komentarze:

  1. Widzę, ze powoli się poprawiasz. Z przecinakami idzie ci coraz lepiej, ale... Ta część z lotem. Za bardzo mi przypomina Potter'a i nieco słabo to wygląda :/ Jesteś kreatywna i na pewno byś coś wymyśliła no... I ten komentarz o dawaniu w łapę McGonagall wydał mi się być nieco... hmm... Niestosowny.
    Ale grunt, ze powoli nad sobą pracujesz i widać efekty. Wybacz, ale nie zdołałam przeczytać poprzedniego rozdziału. Ten dopisek, ze wersja jest niepoprawiona skutecznie mnie odstraszył. Rozumiem, sama mam rozdziały, które mi się nie podobają, ale i tak zanim je wstawię to je poprawiam no... :/
    But still, czekam na kolejny
    Sonia
    P.S. Zapraszam na nn u mnie: http://hpwgmnie.blogspot.com/2017/01/6-niuchacz.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze ten komentarz z McGonagall to poprawię.
      Ta część z lotem mi nie przypomina Pottera. Starałam się zrobić ją najlepiej.
      A ósmego rozdziału nie dałam rady poprawić.
      Dziękuje za komentarz.

      Usuń